Stopem do Chorwacji: Zderzenie z rzeczywistością (dzień 1)

Nie wiem, czy kojarzycie The Amazing Race, ale to właśnie ten program zainspirował mnie w pewnym stopniu do wzięcia udziału w czymś takim jak wyścig autostopowy. Oczywiście formuła zupełnie inna, ale cel ten sam. Ciekawe były reakcje znajomych, przyjaciół i rodziny, kiedy mówiłem że zamierzam wystartować w Auto Stop Race do Dubrownika. Wiele osób nie do końca wierzyło, że misja ta zakończy się powodzeniem. Sam również nie miałem pojęcia jak to się wszystko potoczy i czy w ogóle ruszymy z miejsca. Nigdy wcześniej nie podróżowałem w ten sposób. Słyszałem jednak nawet o ludziach, którzy stopem przemieszczają całe kontynenty. Da się?  Wychodzi  na to, że tak! Z takim też właśnie nastawieniem udałem się do Wrocławia, skąd 27 kwietnia wystartować miało oficjalnie ponad 1000 osób. W rzeczywistości było nas dużo więcej, niektórzy wyruszyli bowiem poza konkursem. Różnymi drogami, ale cel ten sam – dojechać na pole namiotowe w Kupari, małym kurorcie znajdującym się kilka kilometrów za Dubrownikiem.

W sobotę rano opanowaliśmy miasto.Jechaliśmy tramwajem w kierunku kampusu Uniwersytetu Ekonomicznego, gdzie wyścig miał się zacząć. Wszędzie dookoła nas dyndały karimaty, śpiwory i puste jeszcze kartonowe tabliczki. Podekscytowani autostopowicze, a na każdym przystanku zgarnialiśmy następnych i następnych.

Pamiętam, że bardzo długo nie docierało do mnie, że za chwilę ruszymy w szaloną podróż do Dubrownika. Taka sobie mieszanka skrajnej ekscytacji i totalnego niedowierzania. Niby jedziemy do tej Chorwacji, ale nie wiadomo w sumie jak i czym. Będąc już na kampusie, można było przekonać się o rozmiarach całej imprezy.

„Za chwilę zaczynamy. Tłoczno, tłoczno, tłoczno. Damy radę!”

Pomimo tego że mijały nas setki ludzi w identycznych koszulkach, odbiór pakietów startowych odbył się dosyć sprawnie. Cierpieli tylko ci którzy stojąc w niekończącej się kolejce, musieli zgłosić się po swoje ubezpieczenie zdrowotne. O ile mi wiadomo, niektórym naprawdę się przydało 🙂 Kiedy jedni wciąż czekali, inni przygotowywali już swoje pierwsze kartoniki, niektórzy przeglądając atlasy próbowali ogarnąć alternatywną trasę lub chociaż plan wydostania się z kampusu UE. Natomiast ja, razem z Klaudią – drugą połową mojego teamu – pracowaliśmy nad rzucającym się w oczy transparentem, mającym poprowadzić nas do zwycięstwa. Dokładniej jednak rzec ujmując próbowaliśmy stworzyć jakieś chwytliwe hasło na rozciętej białej koszulce, zakupionej dzień wcześniej we wrocławskim lumpeksie. Kiedy wreszcie uporaliśmy się z tym artystycznym przedsięwzięciem, razem ze swoimi plecakami oraz zaprzyjaźnionym teamem: Anią i Bartkiem – zaczęliśmy stopniowo przybierać pozycję startową. Gdy odliczanie dobiegło końca, porwani przez rozentuzjazmowany tłum zalaliśmy najbliższy przystanek autobusowy. Jakimś cudem zdołaliśmy się nawet załadować razem z tysiącem innych osób do autobusu jadącego na Bielany Wrocławskie. Było nas tak dużo, że gdy tylko otwierały się drzwi, ktoś mimowolnie wypadał na zewnątrz.

Gdy dotarliśmy już na miejsce, rozstawiliśmy się błyskawicznie wzdłuż trasy i machając kartonikami oraz transparentem, czekaliśmy na pierwszych dobrych ludzi. W sumie liczyliśmy skrycie, że pójdzie nam to odrobinę sprawniej. Niemniej jednak gdy po dwudziestu minutach złapaliśmy pewną parę śpieszącą się na wesele w Katowicach, nie mogliśmy uwierzyć we własne szczęście. Stało nas tam przecież dziesiątki! Wiele przed nami i drugie tyle za naszymi plecami. No nic, nie kryjąc radości, załadowaliśmy się do środka. Naprawdę odetchnąłem wtedy z ulgą. Czyli jednak wbrew temu co niektórzy sądzili, uda nam się wyjechać z Wrocławia.

„Dziewiczy stop złapany 🙂 Kato, Kato, Katowice”

Na odchodne pomachaliśmy jeszcze tylko Ani i Bartkowi. Nasz entuzjazm musiał być jednak nieco przytłaczający i nie na miejscu, oto bowiem pojawił się środkowy palec 😀 Mimo iż wspólnie zakładaliśmy podróż przez Bośnię i Hercegowinę, spotkamy się dopiero 95 godzin później na polu namiotowym w Kupari. Plany, plany, plany a życie i tak wszystko weryfikuje. Kilkanaście minut później Ania z Bartkiem złapali samochód jadący prosto na Słowację. Minęli nas jeszcze pod Gliwicami, gdzie po raz pierwszy przyszło nam łapać stopa na autostradzie. Dostałem wtedy jeszcze tylko wiadomość od Bartka: ‘Musicie się lepiej prezentować, żeby cosik złapać’ Odgryźli nam się, nie ma co… Niestety nie zdążyłem wyciągnąć nawet środkowego palca 😉 Wracając do autostrady. Wylądowaliśmy tam na własną prośbę, co dobitnie świadczyło o braku doświadczenia. Co prawda doskonale wiedzieliśmy, że stanie przy autostradzie jest surowo zakazane. Nie wpadliśmy jednak na to, że łapanie stopa tuż za bramkami, również kwalifikuje się na wysoki mandacik. Machając naszym wspaniałym transparentem wzbudziłem zainteresowanie jedynie wśród pracowników obsługi. Bardzo szybko zostaliśmy poinformowani, że przekroczona została pewna granica i gdy tylko zjawi się policja grozi nam niemała kara finansowa.  Sytuacja w której się znaleźliśmy prezentowała się raczej mało korzystnie. Mimo to, bardzo szybko udało nam się zapobiec spotkaniu trzeciego stopnia z panami policjantami. Pewien kierowca, początkowo  nam nieprzychylny, zdecydował odpowiedzieć pozytywnie na nasze prośby i błagania. Zabrał nas na najbliższą stację. Stację, która okazała się kolejnym miejscem przeklętym. A takich miejsc spotkaliśmy tamtego dnia jeszcze kilka. Cóż, pierwsza doba wyścigu w naszym wykonaniu była co najmniej nieudana. Przyszło nam bardzo boleśnie zetknąć się z rzeczywistością. Nie dojedziemy do Chorwacji w poniedziałek! Ale o tym później 😛 Wróćmy teraz do pewnej uroczej stacji benzynowej, gdzie po raz pierwszy zetknęliśmy się z uczestnikami pozostałych wyścigów.

„Pod Gliwicami integracja! Niebiescy, zieloni i pomarańczowi na jednej zapomnianej przez świat stacji. Pozdrawiamy naszych kibiców 😉 PS. Rozwaliła mi się reklamówka z żarciem”

Para mieszana jadąca do Macedonii i dwie dziewczyny zmierzające do Verony. To te osoby towarzyszyły nam przez najbliższą godzinę. Każde z nas próbowało wydostać się stamtąd na różne sposoby. Pomocny pan tirowiec nawoływał zwierzynę przez radio, pomarańczowi cierpliwie czekali, dziewczyny łapały stopa stojąc oddzielnie na przeciwległych pasach ruchu a my co jakiś czas nawiedzaliśmy pobliską stację. Za którymś razem poskutkowało i w pewnym sensie wprosiliśmy się wręcz do przeładowanego samochodu, którego kierowca zdeklarował się zabrać nas na tereny bardziej sprzyjające. No i rzeczywiście. Łapanie stopa tam zajęło nam kilkanaście sekund! Razem z górnikiem cholerykiem bluźniącym we wszystkie strony świata dojechaliśmy szczęśliwe do Mikołowa i wylądowaliśmy w samym środku jakiegoś motoryzacyjnego eventu. Mijało nas wiele podrasowanych samochodów, niestety żaden z nich nie zatrzymał się dla nas, choć wielu kierowców niewerbalnie okazywało nam wsparcie, zagrzewając nas tym samym do boju. Tam po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na spacer w bliżej nieokreślonym celu. Opłaciło się! Znaleźliśmy dobre miejsce w zatoczce autobusowej i bardzo szybko upolowaliśmy młodego studenta, który podrzucił nas w kierunku Cieszyna. Po drodze zatrzymaliśmy się nawet w sklepie. Uzbrojeni w kilka litrów płynów wszelakich ruszyliśmy kolejny raz z buta przed siebie. Ponownie decyzja okazała się słuszna i wkrótce już  pędziliśmy z zawodowym żołnierzem, który raczył nas afgańskimi anegdotami. Dojechaliśmy ostatecznie do Skoczowa lądując na nieciekawym przystanku autobusowym. Położony był on zaraz za ostrym zakrętem. Co więcej czekała tam już jedna para autostopowiczów z Krakowa (zielone koszulki). Po krótkim namyśle postanowiliśmy nie zaprzyjaźniać się tym razem i po raz kolejny ruszyliśmy pieszo przed siebie. W końcu jak daleko może być jakaś normalna miejscówka? No  akurat w tym przypadku była zajebiście daleko. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy że popełniamy ogromny i bolesny błąd. Można by spokojnie powiedzieć, że decyzja ta kosztowała nas utratę czołowych lokat 😀 Tymczasem szliśmy, szliśmy, szliśmy, co jakiś czas pozbywając się zbędnego balastu. W ten oto właśnie sposób straciliśmy wszystkie zupy, które dostaliśmy od organizatorów w pakietach startowych. Każde wzniesienie, każdy zakręt, był tylko kolejną nadzieją na znalezienie stacji benzynowej. I za każdym razem ogromne rozczarowanie.

Po na prawdę wielu niekończących się minutach brutalnego marszu dotarliśmy na stację benzynową. O ile się nie mylę, była to przedostatnia stacja przez przejściem granicznym. Gdy wkroczyliśmy na jej teren, czuliśmy się prawie tak jak na mecie w Dubrowniku. Wszystko przestało się chwilowo liczyć. Można było spokojnie położyć się na trawce i odpoczywając, spoglądać w pogodne niebo. Gdy już zregenerowaliśmy siły i ogarnęliśmy swój wygląd zewnętrzny (taki marsz robi swoje, uwierzcie mi) luksusowym samochodem dojechaliśmy do przejścia granicznego. Było wciąż widno mimo iż powoli zbliżał się wieczór. Dosyć mocno wierzyliśmy, że jeszcze tej samej nocy uderzymy na Słowację… No cóż, zbyt dużo ludzi sądziło podobnie. A teraz rozsiądźcie się wygodnie bo posiedzimy tu jeszcze kilkanaście godzin 😉

* Pogrubione cytaty to fragmenty naszej relacji SMS-owej. Tak żeby było jeszcze bardziej wiarygodnie 😉

Advertisements

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Maj 20, 2013, in i te duże, Stopem do Chorwacji. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: