Stopem do Chorwacji: Od zera do bohatera (dzień 2)

Namawiają się :-)Nie do końca wiem jak nazwać budynek znajdujący się na dawnym przejściu granicznym w Cieszynie–Boguszowicach. Mieści się tam parę kantorów, restauracja, kilka sklepików, generalnie dużo się dzieje i raczej przez całą dobę. To właśnie tam zdecydowaliśmy się spędzić naszą pierwszą noc. Po pierwsze – nie chciało nam się rozkładać namiotów, a po drugie – na zewnątrz robiło się coraz chłodniej. Oczywiście próbowaliśmy jeszcze złapać coś jadącego w stronę Żyliny.  Sukcesu jednak nie odnotowano. Tymczasem z godziny na godzinę ubywało kierowców, przybywało natomiast autostopowiczów. Ludzie nam podobni gromadzili się powoli na pobliskich ławkach zostawiając całe to łapanie samochodów na dzień jutrzejszy. Gdzieś późnym wieczorem było nam dane jeszcze po raz pierwszy spotkać  się z uczestnikami Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych. Ta chwila sprzyjała wszelkim skłonnościom depresyjnym. Ludzie z MMA startują przecież z Trójmiasta! Celem ich wyścigu był Budapeszt. Tak więc para 066, która zawitała do nas na krótką chwilę (mały postój)  miała już większość trasy za sobą. Czynnikiem najbardziej demotywującym był fakt, że ludzie którzy ich zabrali ze sobą, jechali prosto na Chorwację. Dobra, ale nie będziemy już marudzić, idziemy w kimę!

Noc pierwsza

„Idziemy spać. Obecnie znajdujemy się w 4osobowym stadzie przegranych dnia dzisiejszego. Mamy już miejsce na nocleg. Pozdro z podziemnych magazynów przygranicznego zajazdu. Branoc.”

Razem z dwójką nowych znajomych jadących do Verony znaleźliśmy ustronny kąt w piwnicy/magazynie, gdzie legliśmy na naszych śpiworach. Pomimo całkiem komfortowych warunków (i nie ma tu naprawdę żadnej ironii) (i tutaj też) nie byłem w stanie zmrużyć  oka na jakoś dłużej. Z nudów i braku lepszego zajęcia o godzinie 4 rano zainicjowałem powolne rozbudzanie się. Tak więc gdzieś 60 minut później byliśmy już gotowi by pełni entuzjazmu i energii, z uśmiechami na twarzy, wkroczyć  pewnie na teren przygranicznego parkingu, wierząc że tym razem musi się udać. Przywitał nas jednak dżdżysty deszcz, chłód, smród i ubóstwo. Z tymi dwoma ostatnimi to już pojechałem po bandzie, ale naprawdę nasze morale momentalnie spadły. Brakowało jednej trzeciej tirów, z których kierowcami umawialiśmy się dzień wcześniej. Jakim w ogóle cudem? Było naprawdę zimno i tak jakoś szaro. Pętając się tam i z powrotem próbowaliśmy coś zatrzymać – jedyne wyjście z tej smutnej sytuacji. Po pewnym czasie okazało się że nasi towarzysze złapali transport do Brna. Znów poczuliśmy się na szarym końcu. No ale good for them!  My i tak do Brna nie mamy zamiaru jechać. Naszym celem jest Żylina (Ania z Bartkiem są tam już od wczoraj!). Deszcz dalej sobie padał, moje schodzone buty zaczynały już przemakać. Tak jak nasze kartki z bloku A3 (nie mieliśmy kartonów). Dookoła coraz więcej uczestników MMA. Niebieskich koszulek nie mogliśmy już zlokalizować. W pewnym momencie dostrzegliśmy  jednak jeszcze jedną parę – Janka i Asię, którzy ewidentnie wracali się pieszo do Polski.

– Co robicie?

– Idziemy w górę, na stację. Tutaj ciężko będzie coś złapać, a na dole jest jeszcze gorzej. Stoi tam kilkanaście par i panuje chaos.

Ta decyzja wydała nam się dobrze uzasadniona, a może po prostu potrzebowaliśmy zmienić otoczenie. W każdym bądź razie od razu podłapaliśmy ich taktykę i potem już razem w czwórkę szorowaliśmy  z buta dwa kilometry drogą ekspresową . Początkowo myślałem że wracamy na naszą ulubioną stację z dnia wczorajszego… okazało się jednak że jest coś jeszcze bliżej. Spędziliśmy tam godzinkę, może dwie. Na początku zjedliśmy z nudów jakieś śniadanie, potem też z nudów zaczęliśmy robić sobie zdjęcia, a potem Janek kupił szampana… który od razu przyniósł im szczęście w postaci transportu do Wiednia.

– Jak chcecie coś złapać to kupcie sobie szampana. Otworzycie go na mecie!

Gdybym tak kupować miał szampana, za każdym razem kiedy tylko przeżywaliśmy te gorsze momenty, należałoby wygospodarować środki finansowe na więcej takich butelek.

„Cieszyn cieszy bez końca… Chyba mamy poważny kryzys. Czekamy na jakieś słowa otuchy :P”

No więc opuszczała nas kolejna para. Powoli więc zaczynaliśmy być zdesperowani. Może zadzwonimy do znajomych znajomego znajomej, którzy jadą dzisiaj na Chorwację. Może nas podwiozą? Na szczęście jednak pomysł ten umarł śmiercią naturalną w momencie kiedy zatrzymał się na stacji pewien samochód dostawczy.

– Jedzie pan na Słowację? Do Żyliny na przykład?

– Niestety nie.

Szybka porozumiewawcza wymiana spojrzeń z Klaudią.

– A gdziekolwiek indziej? Niech nas pan po prostu stąd zabierze. Byle dalej. Błagamy!Nasz kierowca miał tego sporo :D

Dziwny budynek w Brnie

„Mój Boże, mój Boże, jedziemy do Brna a niebo płacze ze szczęścia. Nadzieja reaktywacja.”

Wyjechaliśmy więc z tego przeklętego miejsca. Chciałoby się napisać że z piekła… ale to był dopiero jego przedsionek. Dla wielu par to właśnie Brno okazało się miejscem wszelkiej męki, katorgi i udręki. Czeska klątwa dosięgła również i nas, a jak! Mimo wszystko był to chyba jeden z tych najlepszych momentów podczas całej naszej podróży.  Zanim jednak dojedziemy na pewną złą stację benzynową na pewnej złej autostradzie, zwróćmy uwagę na te śmieszne karteczki. Tak, to są czeskie mandaty 😛

A więc gdy przejechaliśmy już zjazd na Bratysławę, stało się jasne, że najbliższe kilka godzin spędzimy próbując ten błąd naprawić. Wylądowaliśmy na jakiejś stacji, gdzie od razu przywitał nas pewien jegomość w pomarańczowej koszulce – Piotrek. Okazało się, że razem z Agą – dziewczyną która mu towarzyszyła – planują oni swoistą eskapadę, której celem było przejście na autostradę w kierunku nas satysfakcjonującym.W drodze do Bratysławy

„Przedzieramy się właśnie przez ogrodzenia z drutu kolczastego, nieprzebytą czeską dżunglę, lokalny ściek i tory kolejowe. Szukamy zjazdu na Bratysławę. A wszystko to z Agą i Piotrkiem co jadą do Macedonii.”

Wymagało to dużo poświęcenia. Dzięki Piotrek ;-)

Korzystając więc z zakupionej wcześniej mapy Brna, ruszyliśmy przed siebie. Po drodze musieliśmy poradzić sobie z naprawdę wieloma przeciwnościami losu. Nie raz trzeba było przedzierać się przez ogrodzenia z drutu kolczastego i inne nietypowe przeszkody. W końcu jednak doszliśmy na pewną obiecującą stację. Razem z Klaudią złapaliśmy tam kierowcę, który zaoferował że zawiezie nas w lepsze miejsce do łapania stopa w kierunku słowackim. A że chcieliśmy bardzo odwdzięczyć się jakoś Adze i Piotrkowi za te niezapomniane przygody, wynegocjowaliśmy jeszcze dwa dodatkowe miejsca.

Czworo nas z tyłu było :DOkazało się że ten uczynny Czech wywiózł nas tam gdzie obiecał… na zjazd na Bratysławę. Ok, jesteśmy  więc przynajmniej przy tej dobrej autostradzie, teraz musimy jeszcze wymyślić coś żeby się z niej wydostać i nie dostać mandatu. I tak zaczął się kolejny tego dnia długi spacer. Niewątpliwie odwdzięczyliśmy się pięknym za nadobne i zapewniliśmy naszym nowym znajomym kolejne wspaniałe przygody. Pocieszającym był fakt, że wiedzieliśmy iż kilka kilometrów przed nami znajduje się ogromne centrum handlowe. Czego nie wiedzieliśmy to to, że oddziela nas od niego koryto rzeczne z wyspą na środku, oraz rolkowo-rowerowa obwodnica. Generalnie spędziliśmy w Brnie prawie cały dzień. Tempo zabójcze, nie ma co 😀

Łapiąc stopa w Brnie

„Wybrnęliśmy z Brna. Nie narzekajcie, nam się podobało! Jedim na Bratislave, cały czas z Agą i Piotrkiem, Cóż za stado, cóż za symbioza. Chyba pojedziemy do Macedonii, hehe  ;-)”

Gdy już wycieńczeni dowlekliśmy się do ów centrum handlowego, dosyć szybko złapaliśmy kolejnego stopa dla czterech osób. Kierunek Bratysława. Tym razem więc zapowiadała się już na szczęście dłuższa  podróż. Na miejscu wylądowaliśmy przed godziną 19. Stolica Słowacji przywitała nas wspaniałą pogodą, pięknymi widokami na rozciągające się bez końca żółte pola rzepaku oraz… 30 innymi autostopowiczami czekającymi na tej samej stacji co my. Według mojej zaprzyjaźnionej korespondentki  – Agaty – będącej zawsze o kilka kroków przed nami, stacja ta cieszyła się dosyć dużą przepustowością „Za Bratysławą jest fajna stacja, duża rotacja autostopowiczów…  …My już w drodze, każdy nam mówi że Serbia to zły pomysł i mamy uważać.” Jak widać niektórym nie wystarczała podróż przez mainstreamową Bośnię i Hercegowinę 😉

Wracając jednak do tej stacji to faktycznie po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnęło się do nas szczęście. Szczęście rozmiarów kolosalnych. Po dosłownie dwudziestu minutach zaczepił mnie pewien mężczyzna, który jak się okazało, był kierowcą pustego autokaru jadącego do Budapesztu.

– I can take 51 of you guys. Do you want to come?

– Że co proszę?

„Jedziemy do Budapesztu!!! Złapaliśmy pusty autokar dla nas i dla 30 innych osób z różnych wyścigów!!! My, team 259!!! 😀 ”

W sumie to nie ja złapałem tego legendarnego stopa… on złapał się sam 😀  Tak czy owak zostałem jednak lokalnym bohaterem. Po wielu trudnych momentach takie coś potrafi uskrzydlić na kolejne dni tułaczki.  Z transportu skorzystało w sumie 17 zespołów. Jedni tak jak my jechali do Dubrownika, inni tak jak Piotrek i Aga (znów jedziemy razem) do Macedonii, a ci którzy zaczęli w Trójmieście zmierzali już teraz na metę.

qqqqGdzieś koło 22 dojechaliśmy do stacji na której zakończyliśmy ten spektakularny etap naszej podróży. Trzeba było wrócić już na ziemię. Widząc kilkanaście zaparkowanych tirów postanowiliśmy przejść od razu do ofensywy. Większość kierowców uderzała jednak na Szeged, czyli kierunek który raczej nas nie zadowalał, jako że my trochę uparci, nie szliśmy już na żadne kompromisy jeśli chodzi o zmianę trasy. Dalej więc szukaliśmy kogoś kto dowiezie nas na autostradę M6. Zadanie w pewnym sensie niewykonalne, szczególnie że pomału zbliżała się już północ. Sprawa wyglądała następująco:

a)      Po pierwsze według pracowników stacji wszystkie obecne tu auta zjeżdżają do centrum miasta. Nikomu w głowie M6 i inne ekscesy.

b)      Po drugie, według anglojęzycznych autostopowiczów, M6 to wyjątkowo pusta autostrada.

c)       Po trzecie, według naszej mapy, znajdują się tam tylko 2-3 stacje benzynowe

Przytłaczająca większość ludzi od nas celowała albo w M7 (na Balaton) albo M5 (na Serbię). Część z tych osób miała już umówiony następnego dnia transport . Takimi osobami byli na przykład Aga z Piotrkiem, z którymi w tym miejscu zmuszeni byliśmy już się pożegnać. Na nich czeka Macedonia. Rano wyjadą więc jednym z obecnych tutaj tirów w stronę granicy z Serbią i tak nasze drogi się rozejdą, rozjadą? Tak więc podczas gdy większość z nas rozbijała swoje namioty, my wytrwale liczyliśmy na kolejny cud. Razem z grupką kilku osób czekaliśmy sobie na pobliskim krawężniku, słuchając pobrzękiwań dziesiątek chrabąszczy majowych unoszących się nad naszymi głowami. Co jakiś czas ciszę przerywały nerwowe „Zdejmij to z moich włosów” albo wesołe „O, masz coś w kapturze”. Było już coraz później, a ja czułem się coraz bardziej śpiący. Klaudia uznała jednak że sen jest dla słabych, łapaliśmy więc stopa dalej. No i złapaliśmy. W sumie to po raz kolejny wyprosiliśmy. Sympatyczny pan prawnik postanowił nie jechać do domu tylko zabrać nas na najbliższą stację na M6. Nocna przejażdżka okazała się jednak chyba ciut dłuższa niż oczekiwał, podsumował to jednak żartobliwie że nigdzie mu się w sumie nie śpieszy, pracę zaczyna dopiero o 8 rano. W końcu jednak przed naszymi oczami wyrosła upragniona stacja, nasz kolejny dom 😀 Podziękowaliśmy naszemu kierowcy jak tylko mogliśmy najbardziej. Na odchodne chciał nam jeszcze kupić  coś do jedzenia lub podarować chociaż trochę gotówki. Od razu jednak zaprotestowaliśmy. Ten pan już wystarczająco dobrego dla nas zrobił.

– No, thanks. We’re fine. Really!

Kto wcześniej mówił że M6 jest pusta… miał niestety rację. Absolutnie nic tam nie jechało! Zapadła więc decyzja, że pora rozbić już namiot. Jutro na pewno coś złapiemy. Jesteśmy w końcu na dobrej drodze. I nagle… ogromny szok. Tir! Pojawił się jakby znikąd. Jedyny problem to taki że jego kierowca nie mówił po angielsku. Facet ze stacji też. No i licho wzięło tłumaczenie węgiersko-angielskie. Trzeba było radzić sobie na migi. Takie tam kalambury na opustoszałej węgierskiej stacji o północy. Nie wiem jak to zrobiłem, ale wszystko potoczyło się po naszej myśli i już kilkanaście minut później pędziliśmy na Pecs.

„Na pustej stacji, przy pustej autostradzie, łapiemy jedynego tira. Jedziemy na Pecs. Kierowca nie mówi po angielsku. Nie rozumie ani jednego słowa!!! My jego też nie rozumiemy. Nie wiemy gdzie nas wysadzi, ale będziemy 200km bliżej mety 😉 Nie ogarniam jak nam się to udało.”

Z nadmiaru wrażeń znów nie mogłem zasnąć, po mimo częściowych już zaburzeń percepcji. Czułem się naprawdę dziwnie, tym bardziej że w kabinie panowała grobowa cisza. No nic, mimo wszystko próbowałem odpłynąć . Dzień był to bowiem niezwykle wyczerpujący. Jeden z najbardziej zwariowanych jakich kiedykolwiek było mi dane przeżyć. To co? Jutro Chorwacja, no nie? 😀

Czeskie sady. Gdzieś koło autostrady w Brnie.

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Czerwiec 2, 2013, in i te duże, Stopem do Chorwacji. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: