Stopem do Chorwacji: Jeden dzień w Bośni i Hercegowinie (dzień 4)

Urokliwe miejsce w Zenicy. W pobliżu znajduje się stacja ALMY.

Czwartego dnia naszego autostopowego tripa obudziliśmy się na wielkim parkingu nieopodal ogromnej huty stali w Zenicy. Z jednej strony typowy dla Bośni górzysty krajobraz, z drugiej przemysłowe kominy i gęsty, ciemny dym. My natomiast gdzieś pomiędzy tym wszystkim, zaspani i mokrzy od rosy… asfaltowej? Przez pierwsze dziesięć minut od przebudzenia zastanawiałem się, jakim cudem nikt nas jeszcze nie okradł. Położyć się koło głównej  drogi w śpiworze i zasnąć snem twardym na kilka godzin. Nic tylko winszować, gratulować. Na szczęście nasze plecaki, mimo iż porozrzucane dookoła, przetrwały do rana w nienaruszonym stanie. Jak widać człowiek zmęczony i strudzony ma wszystko gdzieś. W moim przypadku było jeszcze tak, że zasnąłem nim zdążyłem w ogóle  pomyśleć o rozłożeniu karimaty, która oddzielałaby ewentualnie mój śpiwór od parkingowej nawierzchni. Tak jak już pisałem, zmęczenie!

Było nas czworo. Klaudia, ja oraz zakręcony team 486: Michał i Wojtek. Poznaliśmy się wczorajszej nocy w kabinie samochodu dostawczego, którego cechą charakterystyczną był jeszcze bardziej charakterystyczny kierowca. Wbrew zapewnieniom tego pana, samochody nie zatrzymywały się tutaj zbyt chętnie. W sumie to dla nas nie zatrzymał się ani jeden. Dla chłopaków z resztą też. Jedyną istotą która zdawała się nas zauważać był pies rasy: lokalny przybłęda. W krótkim czasie pozbawił mnie on mięsnej części moich zapasów, ale z drugiej strony, to właśnie to stworzenie pomogło mi wygrać tableta w konkursie fotograficznym, stając się bezapelacyjną gwiazdą kilkuset facebookowych ścianek, na okres około jednego tygodnia…

Poznajecie?

Poznajecie?

W Zenicy spędziliśmy zatem cały wtorkowy poranek zajadając się przy tym Pringlesami i innym śmieciowym żarciem z pobliskiej stacji, które tym razem, tak dla odmiany, kupiliśmy sobie sami. Tak naprawdę, to właśnie tutaj po raz ostatni mieliśmy większy problem ze złapaniem okazji. Mimo, iż staliśmy przy głównej drodze, nikt nie zatrzymywał się na hasło:  ”Sarajevo”. Czyżby  przed nami znajdował się jakiś zjazd na centrum? W każdym bądź razie po kilku godzinach na stację wjechał samochód dostawczy z wielkim napisem „DTS Sped  d.o.o. Sarajevo”, którego początkowo nie zauważyłem. Michał z Wojtkiem wykorzystali więc podwójną okazję i odnaleźli sposób na wydostanie się z tej martwej strefy. Próbowałem jeszcze przez chwilę pertraktować z kierowcą o dodatkowe miejsca dla mnie i dla Klaudii. Koleś pozostał jednak nieugięty. Eh… trudno. W takim razie jeszcze tylko pamiątkowa fota na koniec i zostajemy znowu sami. No i jeszcze pies!

Pozdro dla Was chłopaki ;-)

Pozdro dla Was chłopaki 😉

Pod wpływem ostatnich wydarzeń stwierdziłem, że czas najwyższy złapać już tego stopa i gonić chłopaków. Coś musiało się chyba zmienić w naszej ekspresji, bo po dwudziestu minutach faktycznie jechaliśmy już na południe. Pamiętam że mknąc przez autostradę podziwiałem otaczające nas wzniesienia, jak i cały krajobraz, który zdominowany był przez różne odcienie zieleni. Przynajmniej tutaj, roślinność jest jeszcze integralną częścią tego wszystkiego. Później zaczną się już nagie skały.

Wysiedliśmy praktycznie od razu przy wyjeździe z autostrady. Przeszliśmy przez wiadukt i udaliśmy się w stronę, w którą należało się udać, by wjechać na obrzeża Sarajewa, a potem jeszcze odbić na Mostar. Stanęliśmy więc w zatoczce autobusowej, zaraz za niewielkim rondem – miejsce naprawdę dobre do łapania stopa. Jakie było nasze zdziwienie, gdy po raz kolejny okazało się, że kierowca, którego udało nam się zatrzymać, wiózł już dwóch ASR-owców. Zgadnijcie kogo? Dokładnie! Team 486, czyli powtórka z rozrywki. Kierowca z którym przyszło nam przejechać przez muzułmańskie i chińskie dzielnice Sarajewa był bez wątpienia osobą ciekawą. Po pierwsze, zachwycony Klaudią nie mógł zrozumieć tego,  że żaden z nas nie jest jej chłopakiem, mężem, lub chociaż bratem. Po drugie, obdarował całą naszą czwórkę płytami z muzycznymi hitami bośniackiego wokalisty numer jeden – Dino Merlina . Po trzecie, zapytał wprost Michała i Wojtka czy nie są aby przypadkiem niemieckimi gejami – w sumie ciekawy stereotyp niemieckiego turysty. Po czwarte, no i właśnie. Tutaj warto zatrzymać się na dłużej. Sarajewo to jeden wielki, kulturowy miszmasz. Ludzie żyją tu obok  siebie, ale czy po tym wszystkim, co miało tu miejsce na przestrzeni lat, żyją ze sobą w zgodzie? Nasz kierowca kiedy tylko może łapie się prześmiewczo  za głowę na widok muzułmanów, po czym przykłada palec wskazujący do ust, jak gdyby chciał nas zobowiązać do zachowania tego co mówi i robi w tajemnicy. W pewnym momencie na widok przebiegających obok kobiet w nikabach wybucha śmiechem: „Ninja, ninja! Muhamediny!”,  a potem dodaje jeszcze : „Ninja, kurwa”.

Rozstaliśmy się zaraz przed zjazdem na Mostar. Była to albo droga ekspresowa, albo autostrada. W każdym bądź razie samochody jeździły bardzo szybko. Tradycyjnie zaczęliśmy iść przed siebie, byleby znaleźć jakąś stację. Po drodze spotkaliśmy kolejnych ASR-owców, którzy prezentowali nieco inne podejście. Oni po prostu czekali na szczęście. My z kolei woleliśmy mu trochę dopomóc. Wysiłki nie poszły na marne. Po dojściu na stację paliw, udało mi się w minutę przekonać do siebie młode małżeństwo i poprosić o podwózkę w kierunku Mostaru. W tym miejscu pożegnaliśmy się z Michałem i Wojtkiem i ruszyliśmy przed siebie. Para, która zdecydowała nam się pomóc,  jechała właśnie po swoje dzieci do chorwackiego miasta Omiš. Miejsca malowniczo położonego zaraz nad Adriatykiem i przy ujściu rzeki Cetiny, która przy okazji tworzy jeszcze kanion u podnóża skalistego masywu Mosor. Do tej pory pamiętam jak wielkie wrażenie wywarł na mnie ten widok (a przecież od mojej ostatniej wizyty w Omisiu minęło już dobre kilka lat). Podczas tej przejażdżki przyszło nam jednak zmierzyć się  z widokami wprawiającymi w nieporównywalnie większe osłupienie. Jeżeli kiedykolwiek przyjdzie Wam jechać drogą z Sarajewa do Mostaru, zapewniam, że nie oderwiecie nosa od szyby. Będziecie niczym ten glonojad, co przyczepił się do przedniej ścianki akwarium. Niesamowita rzeźba terenu, ogromne i majestatyczne skały, rwąca rzeka barwy turkusowej… nawet nie próbuję opisywać tego dalej. Nie dysponuję chyba takim zasobem słownictwa, by używając kilku zdań, namalować ten widok w Waszej wyobraźni. Podczas tej niezapomnianej przejażdżki (oczywiście padła mi już komórka oraz aparat) zostaliśmy również nieco dokarmieni. Od pewnego momentu postanowiłem nie odmawiać już, gdy proponuje nam się coś do jedzenia. Niekiedy takim zachowaniem możemy wręcz kogoś urazić, albo na przykład spowolnić proces integracji. Tak, tak, oczywiście w ten sposób usprawiedliwiam swój brak wstydu, łakomstwo, obżarstwo i inne przywary 🙂  Po obiedzie, który składał się z dwóch dań: pierwsze – orzechowe chrupki, drugie – banan, dojechaliśmy do Mostaru. Nasi nowi przyjaciele zaproponowali nam, że podrzucą nas zaraz pod samo stare miasto. Razem z Klaudią postanowiliśmy bowiem, że dopóki nie zameldujemy się na słynnym, starym moście, dopóty nie pojedziemy dalej. Tak więc po raz pierwszy od kilku dni przerzuciliśmy się na z trybu ‘miejski survival’ na tryb ‘turysta po przejściach’. Spośród prawdziwych tłumów, najliczniejsi byli oczywiście wszędobylscy Polacy. Przez chwilę czuliśmy się nawet, jak gdybyśmy nigdy nie opuścili kraju.

Tymczasem w Europie

Tymczasem w Europie

 Mimo iż znajdujemy się już naprawdę blisko chorwackich kurortów, będąc w Mostarze zanurzamy się w świecie zgoła odmiennym. Orientalny bazar pełen kolorowych ozdób, rzucające się w oczy minarety czy kopuły meczetów idealnie wkomponowanych w malowniczy krajobraz, wszystko to sprawia, że przez chwilę stajemy się częścią baśniowej krainy orientu. Spacerując wąskimi uliczkami, co chwilę wpadamy również na świadectwa niedawnej historii. Są nimi wszechobecne ruiny. Te zniszczone budynki wciąż krzyczą o dawnych okropnościach, tyle że robią to już ciszej. Gwar ulicy powoli zdaje się je zagłuszać, a i sama matka natura zamiata cały gruz pod swój zielony dywan.

W Mostarze pełno jest takich miejsc

W Mostarze pełno jest takich miejsc

Stary most który przez kilkaset lat wznosił się dumnie nad turkusowymi wodami Neretwy zburzony został w bratobójczych walkach w latach 90 ubiegłego wieku. Niestety nie wytrzymał on ostrzału chorwackich czołgów. Jednak wraz z biegiem czasu i przywróceniem względnego pokoju, odbudowano także i zabytkowy most. Zrobiono to z dokładnie tych samych kamieni, które wydobyto wcześniej z Neretwy

Baśniowa kraina orientu

Baśniowa kraina orientu

Samo miasto nie jest duże, więc jeszcze tego samego dnia zdecydowaliśmy się na próbę dotarcia do mety w Kupari. Aby powrócić na drogę w kierunku przejścia granicznego, musieliśmy odrobinę się napracować i wspiąć nieco pod górkę. Po półgodzinnym marszu doszliśmy na najbliższą stację, skąd udało nam się złapać stopa do miejscowości Čapljina. Kierowcą okazał się młody Turek, fantastyczny człowiek, który od kilku lat mieszka i pracuje w Hercegowinie.

Stacja paliw w Mostarze, na trasie w kierunku przejścia w Metković

Stacja paliw w Mostarze, na trasie w kierunku przejścia w Metković

Nieubłaganie zbliżała się już noc, a my za wszelką cenę nie chcieliśmy rozkładać namiotu w przydrożnych zaroślach. Naszym planem minimum było dotarcie do przejścia granicznego w Metković. Postanowiliśmy, że będziemy więc stać i machać czym popadnie, do skutku. Ewentualnie przejdziemy te kilkanaście kilometrów pieszo, tak też już robiliśmy. Na szczęście w mroku wypatrzył nas jeszcze jeden kierowca i spełnił nasze życzenie. Po dniu pełnym wrażeń, ponownie znaleźliśmy się w Chorwacji. W pobliżu przejścia znajduje się mała stacja paliw, na której zaopatrzyłem się w Red Bulla oraz tekturowy karton, z którego wycięliśmy potem kilka tabliczek. Powoli kończyły nam się markery, trzeba więc było używać ich racjonalnie. Podczas gdy my tworzyliśmy napisy Opuzen oraz Neum, na parking podjechała młoda dziewczyna. Okazało się że wraca właśnie do Neum, ale jako fanka amerykańskiego kina grozy, na świeżo po seansie filmu ”Autostopowicz” z Seanem Beanem w roli głównej, miała pewne obawy odnośnie naszej dwójki. Używając więc języka perswazji, tłumaczyłem, że nie jesteśmy czyhającą w mroku zgraną parą morderców. My po prostu ścigamy się po Europie, a jutro mamy imprezę w Kupari. Po krótkim namyśle postanowiła zaryzykować. Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, drzwi zablokowały się automatycznie. Teraz to ja poczułem się jak potencjalna ofiara i mimowolnie wymieniłem szybkie spojrzenie z Ivaną (bo tak właśnie miała na imię). Popatrzyliśmy sobie przez chwilę w oczy, po czym wybuchliśmy gromkim śmiechem. Atmosfera szybko się rozluźniła i mogliśmy jechać dalej. Nawet nie spostrzegłem kiedy przejechaliśmy przez ten krótki fragment Chorwacji i znowu wjeżdżaliśmy na  jeszcze krótszy teren Bośni i Hercegowiny. Powoli dobiegał końca czwarty dzień wyścigów, tak więc zdecydowana większość zespołów była już na miejscu. Przypominam, że na starcie było nas przeszło tysiąc! Gdy na przejściu granicznym pokazałem swój dowód osobisty, celnik wymamrotał coś pod nosem i przepuścił nas dalej.

Co on powiedział?Zapytałem Ivany.

– „Mój Boże, znowu Polacy! Czy ktoś jeszcze został w Polsce?

No tak, to musi robić wrażenie. Kuriozalnie wyglądało to już we Wrocławiu i jeszcze ciekawiej musi prezentować się to tutaj, na Magistrali Adriatyckiej.

Po chwili spostrzegliśmy na poboczu chłopaka, machającego olbrzymim kartonem, na którym można było przeczytać: „SEX, DRUGS & DUBRO!”. To właśnie tutaj Ivana zdecydowała się z nami pożegnać. Bardzo szybko zintegrowaliśmy się z nowym kolegą oraz jego partnerką. Oni również jechali do Kupari, tyle że wyruszyli poza wyścigiem. Kilka minut później postanowiliśmy urządzić sobie mały piknik na pobliskiej stacji. Naszym głównym pokarmem było to co jeszcze nam zostało, czyli moje kabanosy popijane rakiją, którą nasi nowi znajomi zakupili od lokalsów. Nie dało się tego zbytnio przełknąć, więc ograniczyłem się do wody mineralnej. Mimo, iż nie imprezowaliśmy w sposób ostentacyjny, zostaliśmy poproszeni o opuszczenie terenu stacji. Nie za bardzo mieliśmy się też gdzie podziać, więc ubrani w odblaskowe kamizelki ruszyliśmy gęsiego przed siebie. Był to bardzo głupi pomysł  i stanowczo nie polecam robić takich rzeczy. Magistrala Adriatycka to wyjątkowo wąska droga, bez żadnego pobocza, a  w nocy dodatkowo nieoświetlona. Przeszliśmy tak blisko dwa kilometry, po czym wylądowaliśmy na kolejnej stacji, gdzie rozłożyliśmy swoje śpiwory i po kilku minutach wpatrywania się w gwiaździste niebo odpłynęliśmy do krainy snów.

Dzięki Bogu zrezygnowano z barwy czerwonej...

Dzięki Bogu zrezygnowano z barwy czerwonej…

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Sierpień 29, 2013, in i te duże, Stopem do Chorwacji. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: