Stopem do Chorwacji: Ostatnia prosta (dzień 5)

Zatoka Umarłych Hoteli

Zatoka Umarłych Hoteli

Ok, przed wyścigiem wyobrażaliśmy sobie to odrobinę inaczej. Piątego dnia od wyjazdu, powinniśmy już byli leczyć oparzania słoneczne, kaca czy też inne dolegliwości związane z przebywaniem na mecie w Kupari. Tak się jednak nie stało. Obudziliśmy się zmęczeni, trzeźwi i głodni jakieś 70 kilometrów od miejsca docelowego. Wczesnym świtem pozbieraliśmy swoje rzeczy i koczowniczym zwyczajem ruszyliśmy jak zawsze przed siebie. Postanowiliśmy odłączyć się od poznanej dzień wcześniej pary autostopowiczów, aby jak najszybciej złapać coś w stronę Dubrownika. W przeciwieństwie do poprzedniej nocy, poranny spacer wzdłuż Adriatyckiej Magistrali sprawiał dużo więcej przyjemności i relaksacyjne wpływał na nasze samopoczucie. Góry, morze, bryza… Nie ciążyło już nad nami widmo śmiertelnego wypadku. Pozostał jednak problem braku pobocza. Najlepszym i jedynym sensownym rozwiązaniem było więc przedłużenie marszu do kolejnego już przejścia granicznego (wciąż bowiem znajdowaliśmy się na terenie Bośni i Hercegowiny).

Tak mniej więcej wyglądała nasz trasa.

Tak mniej więcej wyglądała nasza trasa.

Do niewielkiego przejścia dotarliśmy mniej więcej w godzinę od opuszczenia stacji benzynowej. Plan poskutkował nawet lepiej niż się tego spodziewaliśmy – bramki graniczne okazały się być naszym najlepszym sprzymierzeńcem. Nie zdążyliśmy nawet się odwrócić, gdy zatrzymało się pierwsze auto. Kierowcą okazała się sympatyczna Rosjanka w średnim wieku, która zmierzała właśnie do swojego domu w Czarnogórze. Gdyby nie to, że byliśmy już naprawdę zmęczeni całą podróżą, bez chwili namysłu pojechalibyśmy razem z nią do samego końca. Jednak dzięki temu że w stronę Czarnogóry, jedzie się cały czas w  linii prostej, podwiezieni zostaliśmy praktycznie pod samą bramę pola namiotowego w Kupari. Mój Boże, naprawdę nam się udało!!! Dojechaliśmy!!! Nagle rozległy się brawa, nie wiadomo skąd. Tak witano każdą parę, która przekraczała linię mety. Czym później, tym brawa były większe. Nasze były całkiem konkretne. 96 godzin  – to nasz czas.

Wreszcie namiastka cywilizacji. Mogliśmy już rozbić swoje małe, własne obozowisko. Pośród setek namiotów, odnaleźliśmy ten należący do Ani i Bartka. Tak, tej Ani i tego Bartka, których zgubiliśmy w pierwsze kilkadziesiąt minut od rozpoczęcia wyścigu.

Oczywiście pole namiotowe w Kupari było niemal przeludnione. W pobliskim markecie brakowało niektórych produktów – wiadomo co znikało w pierwszej kolejności. Znikała też ciepła woda pod prysznicem. Słyszał o niej każdy, nikt jej nie widział (to trochę tak, jak z potworem z Loch Ness). Ciekawą formą rywalizacji były też próby naładowania baterii w telefonie, lub akumulatora w aparacie. Próby nie zawsze udane. Wszystko to jednak tworzyło fantastyczny klimat, którego nie sposób zapomnieć. Każdego ranka dobiegał nas również cudowny zapach świeżego chleba. Wszystko dlatego, że na samym środku pola znajdowała się piekarnia. Można było tam dostać nie tylko chleb, ale i kawałek pizzy, bądź bułki nadziewane serem lub mięsem. Czasami nawet za darmo. Te ekstremalne przykłady dobroci miały miejsce już jednak pod koniec naszego pobytu w Chorwacji. Prawdopodobnie po naszym wyglądzie, a może i po desperacji w oczach, można wywnioskować było jak bardzo brakuje nam jedzenia.

ZATOKA UMARŁYCH HOTELI

Powszechny widok w Kupari

Powszechny widok w Kupari

Plaża znajdowała się dosłownie kilkaset metrów od naszego obozowiska. Oprócz plaży była również zatoka umarłych hoteli (używam takiej, a nie innej nazwy, ponieważ funkcjonuje ona już sobie w polskim Internecie).  Sama zatoka to miejsce niezwykle klimatyczne, które w momencie przyprawia o gęsią skórkę. Szczególnie nocą. Swego czasu znajdował się tam ekskluzywny kompleks wypoczynkowy składający się z sześciu hoteli, wybudowanych kosztem miliarda dolarów na potrzeby oficerów Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, ich rodzin i najwyższych jugosłowiańskich oficjeli. Dawny przepych odszedł jednak w niepamięć i jedyne co pozostało to ziejąca pustką nicość. Obecnie ośrodek jest tylko ponurym pomnikiem wojny, nadgryzionym mocno przez ząb czasu. 

Wnętrze jednego z hoteli. Całość można by zwiedzać na prawdę długo.

Wnętrze jednego z hoteli. Całość można by zwiedzać naprawdę długo.

Cała podróż autostopem była niezapomnianą przygodą i jeszcze długo, bardzo długo, wracać będę wspomnieniami do chwil spędzonych na trasie. Było to w pewnym stopniu bardzo wyzwalające przeżycie, które poszerzyło niewątpliwie moje dotychczasowe horyzonty. Wiecie co było najlepszym elementem tego wyścigu? Ludzie. Gdyby nie oni, ich bezinteresowna pomoc, nie byłoby tej przygody.

Tak więc swoje pierwsze kilometry wrzucam do koszyka. Na razie tylko 1700, ale coś czuję, że to dopiero początek.

Teraz już tylko czekać na kolejną edycję.

Teraz już tylko czekać na kolejną edycję.

* zdjęcia opuszczonych hoteli: Damian Rudziński

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Październik 23, 2013, in Stopem do Chorwacji. Bookmark the permalink. 2 Komentarze.

  1. Jak się jechało przez Czechy, i Bośnie, to trudno się nie dziwić, że nie leczyliście oparzeń słonecznych piątego dnia.

  2. Eee… w Bośni to akurat w tym okresie patelnia. Też jechałem przez Bośnię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: