Dzień 3 – Kamil sam w Indiach

Pierwsza kolacja w Indiach

Wygląda ładnie, ale ostre jak cholera.

Z Main Bazar (New Delhi)…

Siedzę sobie właśnie na dachu hotelu Anoop, mojej małej oazy pośrodku niewyobrażalnego chaosu panującego na ulicy kilkanaście metrów pode mną. Tłok, zgiełk oraz setki małych sklepików, straganów i ulicznych handlarzy. Co jakiś czas można spotkać białego turystę, chociaż nie ma ich też tutaj jakoś specjalnie dużo. Największą część nietutejszych co ciekawe stanowią ludzie starsi. Jest to dla mnie lekkim szokiem, jako że sam przecież odnajduję się tutaj z niemałym trudem. New Delhi potrafi naprawdę przytłoczyć. Krótko mówiąc, czasami nie jest się w stanie odebrać tak wielu bodźców które serwuje nam uliczny chaos. Mimo że ciężko to wszystko ogarnąć, panujący tutaj klimat jest tak specyficzny, że aż fascynujący, a moja pierwsza doba w Indiach była tak intensywna, że prawie nic już z niej nie pamiętam. Zobaczyłem tyle miejsc, że po prostu nie starczyło mi już RAM-ów.

Qutab MinarZ lotniska postanowiłem wydostać się metrem. Tutaj było chyba najtrudniej odpędzić się od taksówkarzy, którzy bardzo długo dotrzymywali mi kroku. Jeżeli nie chce się z nimi jechać, nie należy też wdawać się w zbędną dyskusję. Nie ma sensu też wierzyć w to co mówią. Niemal pewnym jest że postraszą demonstracjami w centrum miasta i tak dalej. Podczas ok. 20 minutowej jazdy metrem (które zaskoczyło mnie tym, że było niemal opustoszałe) poznałem dwóch emerytowanych Czechów z Ostrawy i od tego momentu działaliśmy już razem. Wspólnym wysiłkiem odnaleźliśmy biuro sprzedaży biletów dla obcokrajowców i uwaga, uwaga → udało mi się kupić również bilet do Gorakhpur. Teraz mogłem już udać się na umówione wcześniej spotkanie ze znajomymi nieznajomymi. Ekipa tak pozytywna, że aż przykro było się dzisiaj rano rozstawać. Zwiedziliśmy razem kawał miasta: Bahaicki Dom Modlitwny w kształcie kwiatu lotosu, Qutab Minar z licznymi ruinami dookoła, na których siedziało całe mnóstwo papug, spektakularne Akshardham oraz India Gate. Cała wycieczka była tak spontaniczna, że nierzadko nie wiedzieliśmy nawet gdzie jesteśmy. Cały dzień jeżdżenia rikszą (czyste szaleństwo) kosztował nas 700 Rs. na głowę. Ruch uliczny w Indiach jest do tej pory najbardziej szokującą dla mnie rzeczą. Mijanie, wyprzedzanie, wszystko na milimetry. A już w ogóle hardcorowcami są dla mnie piesi, którzy po prostu wchodzą na ulicę i liczą chyba tylko na zręczność kierowców.

Świątynia Lotosu

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Luty 13, 2014, in Aktualności. Bookmark the permalink. 6 Komentarzy.

  1. nonono Kamil, zazdroszczę odwagi… i przygód! 😉

  2. Pisz wiecej, daj nam sie nacieszyc!

  3. czyta się z przyjemnością! powodzenia w dalszej części podróży!

  4. Wszyscy to mówią, że pierwsze dni w Indiach są szokujące i przytłaczające. I albo pokocha się ten kraj albo znienawidzi. Indie przede mną, nie wiem jaka będzie moja reakcja, chociaż jestem dobrze przygotowana, pozdrawiam 🙂

  1. Pingback: Trip bez endu i GlobBlog > GlobBlog Team

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: