Dzień 20 – Tłusty czwartek według Shivy

DSC05308-002

A ja głupi myślałem, że teraz gdy jestem już na miejscu, nic ciekawego chwilowo mnie nie spotka. Potwierdzić muszę więc wszelkie fantastyczne doniesienia jakoby życie kreśliło nam naprawdę absurdalnie nienormalne scenariusze. Każda jednak historia ma swój intrygujący początek, który z reguły potrafi zasiać w czytelniku ziarenko niepewności. Cóż, moja opowieść zaczyna się chyba wyjątkowo niepozornie, bo od zwykłego wyłączenia prądu. Po raz kolejny niestety zbiegło się to w czasie z chwilowym brakiem wody w studni. Chcąc nie chcąc, nastawiłem się więc z góry na kilkugodzinne tachanie pełnego wiaderka w tę i z powrotem. Wychodząc na zewnątrz wkroczyłem jednak niespodziewanie w sam środek festiwalu ku czci boga Shivy. W odległości zaledwie kilkunastu metrów ode mnie znajdowała się mała, niepozorna świątynia, o której nie miałem dotychczas zielonego pocięcia. Co jakiś czas mogłem usłyszeć wesołe okrzyki, salwy śmiechu oraz coś na wzór odgłosu wybuchającej petardy.

ognisko

Próbując zbadać źródło tego intrygującego odgłosu natknąłem się na ogromnie palenisko zamknięte w kręgu gromadzącego się dookoła tłumu. Nagle ponownie rozległ się potężny huk, tym razem jednak tuż u moich stóp. Nie kryjąc zaskoczenia, wlepiłem swój wzrok w jakiegoś małego chłopczyka lawirującego pomiędzy ludźmi z olbrzymim kijem nad głową. Wkrótce zauważyłem więcej podobnych patyków, wetkniętych bezpośrednio w ogień. Przypominało to pieczenie kiełbasy na ognisku, tyle że na końcu nie było żadnej kiełbasy. Patyk w rzeczywistości nie był też żadnym patykiem. Z kolei petardy okazały się finalnie nie być żadnymi petardami. Okazuje się bowiem że wyciągnięta z ogniska trzcina cukrowa, uderzona o podłoże, wydaje z siebie wybuchowy dźwięk. Prawdziwa horda rozentuzjazmowanych dzieciaków machała więc w przód i w tył, nie raz trzy razy większymi od siebie badylami, które nawiasem mówiąc wyglądały jak bambus, tyle że czarny. W tym czasie lecz tysiące kilometrów na zachód, ogromna rzesza ludzi celebrowała właśnie tłusty czwartek. Nie mając zbytnio widoków na porządnego pączka, z porządnym nadzieniem różanym, postanowiłem spróbować czegoś co w danej chwili wydawało się bardziej dostępne – wybuchowej trzciny cukrowej. 

Cukier po nepalsku

Przez chwilę czułem się jak jakaś maszyna do produkcji trocin. Tak, tak, wiem że trociny nie powstają w wyniku przeżuwania tkanek roślinnych, ale mimo wszystko takie abstrakcyjne skojarzenia nasuwały mi się, gdy próbowałem wgryźć się w soczysty miąższ (?) łodygi. Stężenie absurdu zwiększało się więc z każdą minutą, tym bardziej że wkrótce wylądowałem we wspomnianej już wcześniej świątyni i ulegając namowom jakiejś leciwej staruszki usiadłem po turecku tuż naprzeciwko posągu kompletnie nieznanego mi bóstwa. Ciemność dookoła mnie rozświetlało tylko niewielkie ognisko oraz poustawiane bez większego ładu świeczki. W ich blasku bez trudu dostrzegłem że jestem jednym mężczyzną który siedzi w tym miejscu, oczywiście ku ogólnemu rozbawieniu pań znajdujących się się po mojej lewej i prawej stronie W pewnym momencie pojawiła się przede mną kobieta ze srebrnym naczyniem. Nie wiedząc w ogóle co robię i czego mogę się spodziewać, wyciągnąłem do przodu złączone ze sobą dłonie. Chwilę później trzymałem już jakiś biały płyn i rozwodziłem się nad tym czy mam go wypić, czy może też wetrzeć sobie w czoło. Nie trudno się oczywiście domyślić, że moja aż nadto zauważalna konsternacja rozbawiła tylko wszystkich wokół. Jakaś młoda dziewczyna powiedziała tylko: ‚milk’, ‚drink’ i w takich to właśnie okolicznościach po raz pierwszy w życiu spróbowałem mleka z dodatkiem marihuany. O tym co było w mleku dowiedziałem się dopiero następnego dnia.

Świątynia

To jeszcze wciąż nie wszystko. Ta sama leciwa staruszka przez którą niechcący zacząłem się narkotyzować, zaczęła nagle swój szalony taniec. Jej ręce przypominały teraz dwie rozjuszone żmije, a ona sama kręciła się w kółko nucąc coś cicho pod nosem. Niespodziewanie chwyciła mnie za ramię i powiedziała coś zupełnie dla mnie niezrozumiałego. Kilka dziewcząt głośno się zaśmiało i szybko dano mi do zrozumienia że nadeszła moja kolej. Na próżno szukać jakiejkolwiek wymówki w takiej sytuacji. Wizyta w świątyni po raz pierwszy zobowiązuje wręcz do odprawienia rytualnego tańca. Zupełnie oszołomiony nieoczekiwanym rozwojem zdarzeń wyszedłem na środek. Około setka ludzi wpatrywała się teraz we mnie i tylko we mnie. Ktoś zaczął wystukiwać rytm na bębnach a ja z tego wszystkiego zacząłem się już śmiać. Mając w ciąż w pamięci wężopodobne ruchy rąk leciwej staruszki, zacząłem odtwarzać jej taniec. Wkrótce dołączyło się do mnie dwóch młodych mężczyzn, prawdopodobnie już lekko na haju. Oczywiście na jednym tańcu się nie skończyło, wszyscy bawili się nazbyt dobrze oglądając moje niezgrabne pląsy. Cała zabawa trwała dłuższą chwilę i ostatecznie lekko się nawet zmęczyłem. Gdy mój pokaz (czy jakkolwiek można by to nazwać) dobiegł już końca, część osób zaczęła mnie obściskiwać i gratulować. Wychodząc ze świątyni byłem już innym człowiekiem. Zyskałem szacunek wśród miejscowej ludności!

Advertisements

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Marzec 2, 2014, in Aktualności. Bookmark the permalink. 4 komentarze.

  1. Nie od dzisiaj wiadomo, że mleko jest zdrowe!

  2. taniec rozjuszonych żmij 😀 ryczę ze śmiechu, a w pracy nie powinnam chyba się tak zachowywać 😀

  3. ja rok temu zamiast pączków w Tajlandii jadłam naleśniki. Też spoko 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: