Dzień 23 – Jedno wesele i jeden pogrzeb (1/2)

Uroczysty obiad

Uroczysty obiad

Co trzeba zrobić, by wylądować na nepalskim przyjęciu weselnym? Niewiele! Wystarczy znaleźć się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu, koniec, kropka. Ostatnie wydarzenia utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że czym dalej od turystycznego centrum, tym ciekawszych przygód mogę się spodziewać. Przykładowo wczoraj postanowiłem, że popróbuję trochę ulicznego jedzenia. Wyszedłem więc z domu i od razu otoczyła mnie grupka małych dziewczynek z mojej szkoły. ‚It’s wedding!’, ‚It’s wedding!’ – Powtarzały rozentuzjazmowane. – ‚You have to come with us!’ No dobra, czemu nie – pomyślałem i dosłownie w tym samym momencie wpadłem na troje, zupełnie niepasujących do reszty ludzi. Byłem naprawdę lekko zaskoczony, bo jak mieszkam już tutaj trzy tygodnie, taka historia przytrafiła mi się po raz pierwszy. Co ciekawe, cała trójka szła sobie onieśmielona razem z gośćmi weselnymi, trzymając się jednak lekko na uboczu. Do tego niecodziennego pochodu, któremu przewodziła bardzo młoda para nowożeńców, dołączyłem również i ja (wciąż ciągnięty za ręce przez podekscytowane dzieci). Gdy zatrzymaliśmy się przed małym wiejskim domkiem, ktoś niemal siłą usadowił mnie na plastikowym krześle ogrodowym. Wylądowałem więc tuż obok Pauli, Davida i Nadima, wspomnianej wcześniej trójki zaproszonej na uroczystość równie spontanicznie i nieoczekiwanie, tyle że już kilka godzin wcześniej.

Niespodziewani goście + nasz bimberowy 'strażnik'

Niespodziewani goście + nasz bimberowy ‚strażnik’

Na początku poczęstowali nas przepyszną herbatą, która w Nepalu generalnie jest doskonała. Delektując się każdym jej łykiem, raz po raz witaliśmy rozbawieni, ciągle schodzących się jeszcze gości. Czekając na to co miało nastąpić, zaczęliśmy rozmawiać między sobą na tematy wszelakie – okazało się między innymi, że David potrafi mówić po polsku. Nagle, czego można było się spodziewać, przed naszymi nosami wyrosły talerze pełne różnego rodzaju jedzenia. Z mojej porcji wystawała perfidnie zabójcza papryczka, na szczęście wszystko inne dookoła było dla mnie zjadliwe, a powiedziałbym nawet że bardzo dobre. W szczególności mam tu na myśli kurczaka oraz te przypominające podsmażane precle – tak zwane ‚sel roti’. No ale jak wesele to musi być również co? Alkohol! Każde z nas dostało więc po szklance jakiegoś ryżowego bimbru domowej roboty. Razem z Davidem wznieśliśmy toast: ‚Na zdrowie!’. Super sprawa odezwać się wreszcie w ojczystym języku i to jeszcze tak daleko od domu… no i jeszcze w takich okolicznościach. 

Tak robi się SEL ROTI

Tak ‚robią się’ sel roti

A tutaj przerwa na rozmowę

A tutaj przerwa na rozmowę

Wracając jednak do bimbru. Specjałem tym ewidentnie próbowano nas upić, jako że naszym zdaniem byliśmy jedynymi gośćmi sączącymi ten trunek. Co więcej, w pewnym momencie zaczęto nas nawet poganiać, po czym osoba z zapasowym kanistrem robiła nam tak zwaną wielką dolewkę. W największe tarapaty wpadła Paula, która w akcie desperacji uciekła się nawet do wylania po kryjomu zawartości swojej szklanki, co niestety nie umknęło uwadze naszemu ‚strażnikowi’. W tym momencie uratowały nas jednak zaczynające się tańce, do których oczywiście każde z nas było wręcz oddelegowane. Kolejno wychodziliśmy na środek i dawaliśmy się porwać wesołym przyśpiewkom, którym towarzyszyły niezawodne już bębny. Początkowo zastanawialiśmy się czy wrócimy na noc do swoich łóżek, na szczęście jednak nie zrobiono nam większych problemów, kiedy postanowiliśmy odejść. Podziękowaliśmy ładnie za gościnę, pożegnaliśmy kogo tylko mogliśmy, a na odchodne rzuciłem jeszcze 50 NPR na tacę pośrodku której paliła się pojedyncza świeczka. Wyglądało to raczej na jakiś zwyczaj, bowiem większość gości robiła właśnie to samo. Nie mam pojęcia natomiast, jakie kwoty przewiduje tutejszy savoir vivre i do czego można by porównać akurat tę sytuację. Mój gest wywołał oczywiście, a jakżeby inaczej, powszechne rozbawienie. Myślę że nie pierwsze i zapewne nie ostatnie podczas tego szalonego pobytu w Nepalu.

Jeden z gości weselnych

Jeden z gości weselnych

Ta mała robiła prawdziwą furorę!

Ta mała robiła prawdziwą furorę!

To be continued… 

Advertisements

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Marzec 5, 2014, in Aktualności. Bookmark the permalink. 9 komentarzy.

  1. no a co z tym pogrzebem???

  2. Byłeś na weselu i nie masz foty z Młodą Parą?
    W tamtych stronach Państwo Młodzi pewnie są naprawdę MŁODZI 🙂

  3. Święta racja z tym niewiele zrobić. Wystarczy trochę się poszwędać z ciekawością. Ja właśnie tym sposobem trafiłam na wesele i pogrzeb w Laosie. I to w podróży kocham najbardziej – ludzi, którzy zapraszają gdzieś zupełnie bezinteresownie w kontraście do tych, którzy chcą pieniądze za zdjęcia. A Nepalczycy, jak widać z Twoich fotografii, to bardzo fotogeniczna nacja! 🙂

  4. Fajnie tak znaleźć się nagle na cudzym weselu, i fajnie, że te wesela są takie „otwarte” 🙂

  1. Pingback: Jeden talerz to za mało | Trip bez endu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: