Dzień 45 – Jak nie wychodzić w Himalaje

Ze szlaku na Mardi Himal

W drodze na Mardi Himal Base Camp (4500 m n.p.m.)

Kilka dni temu zszedłem na ziemię i oficjalnie mogę już powiedzieć, że przełamałem granicę czterech tysięcy metrów nad poziomem morza. Jeszcze drugie tyle i zdobędę jakiś ośmiotysięcznik! Nim jednak napiszę coś więcej o swoim trekkingu przez duże ”T”, powrócę na krótko do wydarzeń poprzedzających i jednocześnie opóźniających ten prawdziwie podniebny spacer.

Świętowanie Holi miało wiele etapów, lecz koniec końców wylądowałem w kultowym Busy Bee. Miejscowy band wykonywał akurat kawałki AC/DC i zrobił się naprawdę fantastyczny klimat. Warto było zasiedzieć się i przegapić odpowiedni moment aby powrócić do „domu”. Jako że po jedenastej życie na ulicy praktycznie zamiera (godzina policyjna?), znalezienie taksówki nie jest już tak oczywiste i przede wszystkim, nie jest już tak tanie. Informacja, że muszę zapłacić 1000 Rs, mocno mną wstrząsnęła i zostawiła trwały ślad w psychice. Tutaj to naprawdę kupa kasy za którą spokojnie można byłoby wynająć luksusowy pokój na jedną noc. Oczywiście w tamtym momencie zupełnie o tym nie pomyślałem – Holi to przecież Holi! Oddałem więc lekkomyślnie wszystkie pieniądze jakie akurat miałem jeszcze przy sobie. Wyszło około 800 Rs włącznie z indyjskimi banknotami, o których posiadaniu nie miałem nawet pojęcia. Jako że za głupotę płaci się podwójnie, gdy dotarłem w końcu do miejsca chwilowego zamieszkania, okazało się że wszyscy smacznie już sobie pochrapują a drzwi od korytarza prowadzącego do mojego pokoju są niestety zamknięte. Do środka dostałem się dopiero koło godziny czwartej, a dodam że miałem na sobie jedynie krótkie spodenki i zwykły podkoszulek. Oczywiście cały  pokryty byłem również różnymi kolorami, przeważnie jednak granatowym i zielonym.

Holi

Kilka godzin później (wciąż jeszcze niedomyty – brak łazienki) z całym dobytkiem na plecach, maszerowałem już przez miasto by spotkać się z polską couchsurferką, u której to miałem zostawić rzeczy, a z którą to chciałem wyruszyć następnego dnia do podnóża Annapurny. Co warto zaznaczyć już w tym miejscu, był poniedziałek. Tego wieczoru Kulka zmagała się jednak z życiowymi decyzjami i ostatecznie zapomniała się spakować. Ja również zbytnio się nie popisałem  i przełożyłem pakowanie na później. Dużo później.

We wtorek spotkaliśmy Maćka, który nazajutrz chciał wyruszyć na mało uczęszczany szlak prowadzący do Mardi Himal Base Camp. Już wcześniej rozważaliśmy ten super alternatywny trekking,  więc ostatecznie nagięliśmy nieco plany. Jeszcze tego samego dnia, w ramach małej rozgrzewki, postanowiliśmy wdrapać się całą trójką na położony kilkaset metrów nad Pokharą punkt widokowy. Mniej więcej w połowie drogi dołączyła do nas burza i potężne gradobicie. Schronienie znaleźliśmy w opuszczonej lepiance i jestem niemal pewien, iż była to chatka voodoo. W jej upiornym wnętrzu natrafiliśmy na kilka co najmniej niepokojących rekwizytów, co tylko pobudziło naszą wyobraźnię. Ostatecznie jednak, żadne z nas nie stało się ofiarą czarnej magii (przynajmniej w tamtym momencie) i po jakimś czasie szczęśliwie wróciliśmy na Lakeside.

Freedom Cafe

Ulubiona miejscówka na chillout – Freedom Cafe Tutaj to właśnie dochodziłem do siebie bo obustronnym odrzuceniu pokarmowym…

Wtorek, noc. Wszystko wskazywało na to, że już o poranku wyruszymy przygodzie naprzeciw. Przygoda znalazła nas jednak zdecydowanie szybciej. Tej nocy zerwał się prawdziwy huragan i wszystko na zewnątrz zaczęło dosłownie latać. Osobiście nie zrobiło to na mnie większego wrażenia i podczas gdy Kulka zastanawiała się która część mieszkania zawali się pierwsza, ja przeniosłem się do łazienki, gdyż nieoczekiwanie dopadło mnie właśnie moje pierwsze azjatyckie zatrucie pokarmowe.

Dogorywałem w łóżku całą środę, przez większość czasu nie ruszając się nawet z miejsca. Z trudem zmuszałem się do przyjmowania jakichkolwiek płynów zawierających lekarstwo, które docelowo miało pomóc w sytuacji odwodnienia organizmu. Szczęśliwie proszki podziałały i w czwartek miałem już siłę by wyjść na świeże powietrze. Nepal ponownie mnie zachwycił i następnego dnia poczułem się już na tyle dobrze, by podjąć decyzję o pójściu w najwyższe góry świata. Zwarci i gotowi na kaprysy Himalajów, ruszyliśmy ostatecznie tylko we dwójkę, gdyż Maciek musiał powoli zbierać się już do Katmandu, gdzie czekał na niego samolot.

Następny wpis – Mardi Himal Base Camp!

banana owsianka

Pierwszy posiłek po krótkiej przerwie 😀

Advertisements

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Marzec 27, 2014, in Aktualności. Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Wiśniewski Bartek

    Właśnie przystąpiłem do lektury Twoich wpisów. Wielkie pozdrooooooo 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: