Mityczne Królestwo Himalajów

Masyw Annapurny

Masyw Annapurny

Widoczność stawała się coraz gorsza, a płatki śniegu coraz częściej spadały nam na głowę. Z każdej strony otaczała nas biała nicość, która pochłonęła całkowicie wszystkie te wspaniałe i majestatyczne szczyty. Himalaje mogliśmy sobie jedynie wyobrazić – widzieliśmy już przecież tak wiele pocztówek z zapierającymi dech w piersiach widokami. Sytuacja nie była jeszcze jakoś super beznadziejna, aczkolwiek nasze morale nie mogły pozostać obojętne na tak fatalne warunki pogodowe. Co jakiś czas pojawiała się w głowie myśl, że cały ten wysiłek pójdzie na marne, a dalsze wchodzenie w górę mija się po prostu z celem. Chciałoby się zatrzymać, ponarzekać, dać upust narastającej frustracji. Na to jednak nie było nawet czasu. Zbliżała się burza i jedyne co mogliśmy zrobić to zasuwać jak najszybciej do High Camp, który położony jest na około 3500 m n.p.m.

Powyżej dżungli, powyżej lasu

Powyżej dżungli, powyżej lasu

Tybetańskie flagi modlitewne

Tybetańskie flagi modlitewne

Było mroźnie. Ogień wyjątkowo leniwie rozgrzewał powietrze w małej jadalni, w której oprócz nas, była jeszcze tylko jedna turystka z Dani, wraz ze swoim przewodnikiem oczywiście.  Przepyszna zupa czosnkowa pozwoliła mi jednak na chwilę zapomnieć o tym, jak bardzo jest mi zimno. Czosnek w ogóle ma tutaj nader praktyczne zastosowanie. Podobno niweluje on i w jakimś tam stopniu nawet zapobiega chorobie wysokościowej. Tak na dobrą sprawę, była to właśnie jedyna rzecz której się tutaj obawiałem. W ciągu niecałych dwóch dni zrobiliśmy przewyższenie ponad dwóch i pół tysiąca metrów, a następnego dnia zamierzaliśmy pokonać kolejny tysiąc. Jednym słowem hardcore!

Rośliny doniczkowe na 3500 m n.p.m.

Rośliny doniczkowe na 3500 m n.p.m.

Gdy kończy się trekking, zaczyna się wyczekiwanie na jego kolejną odsłonę dnia następnego. Takie trzy podstawowe czynności które można wykonywać w międzyczasie to spanie, słuchanie lub opowiadanie. Ci bardziej ambitni czytają książki lub piszą akurat pracę licencjacką. Temperatura w środku jadalni powoli pozwalała na wygramolenie się ze śpiwora. Ta część osób która nie zapadła w sen zimowy, zebrała się wokół piecyka by trochę pogawędzić.  Do naszego skromnego stadka dołączyli również kucharz i zarządca tego prowizorycznego schroniska – jedyni okresowi mieszkańcy tego niesamowitego miejsca. Jeden z nich paradował właśnie w japonkach i krótkich spodenkach co po prostu niesamowicie kłóciło się z moim odbiorem rzeczywistości.

Tą granią biegnie szlak na MHBC

Tą granią biegnie szlak na MHBC

Noc na takiej wysokości może obfitować w prawdziwie pokręcone sny, ból głowy i przede wszystkim w niekończącą się bezsenność. Na szczęście w moim przypadku było to tylko jednorazowe przebudzenie po tym jak uroiłem sobie, że jestem niedźwiedziem i (chyba dlatego) odkopałem się spod kołdry, koca i jeszcze połowicznie wydostałem się ze śpiwora. Koło godziny piątej obudziła mnie podekscytowana Kulka, która akurat wychodziła do toalety. Góry, góry, HIMALAJE!!! Wystarczyło jedno spojrzenie w ich kierunku, by utwierdzić się w przekonaniu, że idziemy dalej. Teraz jednak byliśmy już zdani tylko i wyłącznie na siebie, nasz instynkt oraz przede wszystkim na łaskę każdego z tych bóstw zamieszkujących mistyczne królestwo Himalajów. Warto przypomnieć, że Mardi Himal znajduje się zaraz koło robiącego największe wrażenie w całej okolicy, świętego szczytu Machhapuchhare.

Machhapuchhare czyli 'fish tail'

Machhapuchhare czyli ‚fish tail’

Tego dnia byliśmy jedynymi osobami, które poszły w górę. Dunka wraz z przewodnikiem zdecydowali się zawrócić z powodów bliżej nam niezrozumiałych. Jako że w nocy śnieg padał dosyć obficie, szlak musieliśmy wyznaczać sobie sami. Cała trasa biegnie wzdłuż grani, dlatego należy zachować tam wzmożoną ostrożność i pomimo przepięknych widoków, patrzeć częściej pod nogi. Wraz z upływem czasu, skończył się również trekking i rozpoczął wstęp do wspinaczki. Co kilka minut trzeba było wspomóc się rękami lub kijkami, które funkcjonowały teraz jako czekany. Czasami wpadało się po kolana w zaspę a czasami zaliczało się niegroźną glebę. Mimo wszystko nie ma tam żadnych większych trudności technicznych. Największy problem może stanowić jedynie wysokość, która co kilkadziesiąt kroków potrafi o sobie przypomnieć. Oczywiście wygląda to ładnie, łatwo i przyjemnie kiedy świeci słońce. W momencie jednak kiedy na niebie pojawiają się  ciężki chmury (a pogoda zmienia się tam w tempie wręcz niesamowitym) trzeba po prostu spieprzać!

Jest pięknie!

Jest pięknie!

Dalej pięknie, ale teraz trzeba już się ewakuować

Dalej pięknie, ale teraz trzeba już się ewakuować

W naszym przypadku prawdziwy dramat rozegrał się na koniec. Całe szczęście był to raczej komediodramat, z którego można wyciągnąć jakieś tam chyba konstruktywne wnioski. Pogoda robiła się coraz bardziej marudna a chmury coraz większe i ciemniejsze. Świadomi zagrożenia, nie mogliśmy pogodzić się z myślą o przedwczesnym powrocie. Gdy jedno z nas chciało zawrócić, drugie pruło do przodu i tak kilka razy aż zobaczyliśmy obiecujące wzniesienie. Zostawiłem wspólny plecak w niewielkiej szczelinie skalnej i ruszyłem za Kulką pod górę. W pewnym momencie dostrzegłem drewnianą tabliczkę i zacząłem biec w jej kierunku niemal sprintem. Gdy tylko tam dotarłem, zacząłem śmiać się głośno i wręcz skakać z radości. Zaczęła się krótka sesja filmowo-zdjęciowa, która trwała pół godziny!!! Wtedy to właśnie zdaliśmy sobie sprawę, że nasz szlak po prostu rozmył się w chmurach. Szybciutko musieliśmy więc ewakuować się w dół, mając nadzieję, że tym razem zdążymy przed śnieżycą i ogólnym załamaniem pogody. Widoczność była mało zadowalająca i jedyne co mogliśmy zrobić to wracać po własnych śladach. Finalnie jednak zmęczeni lecz pełni satysfakcji, dotarliśmy do High Camp i to dosłownie w momencie, którym  zaczął padać śnieg.

Czasami nie można  się powstrzymać!

Czasami nie można się powstrzymać!

Zabawny Epilog:

Jeszcze tego samego dnia siedziałem sobie bezpiecznie w Forest Camp (2600 m. n.p.m.). Ogrzewając się ciepłem bijącym z pieca, przeglądałem na spokojnie zrobione dzisiejszego dnia zdjęcia. W pewnym momencie zatrzymałem swoje spojrzenie na jednym z nich. Poderwałem się lekko z plastikowego krzesła i zrobiłem zoom. Zamurowało mnie a przy tym musiałem powiedzieć jeszcze coś, co zwróciło uwagę Kulki.

– Co się stało? – Zapytała wyraźnie zaskoczona moją chwilową niepoczytalnością.

– Nie no, nie wierzę! (wersja ocenzurowana)

– Kamil, co się dzieje?

– Patrz! – Podsunąłem jej swój aparat.

– No co?

– Patrz na strzałkę!

To ja, bezczelna strzałka!

To ja, bezczelna strzałka!

W jednym momencie oboje wybuchliśmy śmiechem. Okazało się bowiem, że wcale nie zdobyliśmy Mardi Himal Base Camp a całą naszą sesję zwycięzców zrobiliśmy przy zwykłym drogowskazie. Było to wysoce szokujące odkrycie i przy tym niesamowicie brutalne. Nie mam pojęcia jak to się stało, że tej wrednej strzałki nie zauważyliśmy wcześniej. Może podziałała wysokość, może sami wyparliśmy to ze swojej świadomości. Koniec końców jestem zdania, że dobrze się stało. Kto wie czy wiedząc to co teraz, nie poszlibyśmy dalej wbrew zdrowemu rozsądkowi?

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Kwiecień 11, 2014, in Aktualności and tagged , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: