Z wyspy na wyspę – islandzki prolog

72. Powrót numer 1-001

Islandia. Wyspa bardzo wulkaniczna… i bardzo droga. Świat odizolowany, surowy i nierealnie piękny. Królestwo  wiatru, kraina elfów i odległe marzenie, które jakimś szczęśliwym trafem  urzeczywistniło się w te ostatnie wakacje.

Był październik, a ja emocjonowałem się właśnie swoim pierwszym, zakupionym dosłownie przed kilkoma minutami biletem do Azji. Chwilę później zadzwoniła Agnieszka, powiedziała coś o Islandii, ja przytaknąłem, no i tak to się wszystko zaczęło.

Za około 470 PLN udało nam się kupić bilety z Londynu (Luton) do Reykjaviku. Fantastyczna okazja wypatrzona na długo przed samym odlotem. Oczywiście trzeba było jeszcze dostać się jakoś do Anglii, w miarę tanio rzecz jasna. Tutaj muszę przyznać, nieco się zakręciliśmy. Jakieś lekkie roztargnienie czy tam niedogadanie i w rezultacie wykupiliśmy wszystkie możliwe opcje bagażowe: powiększony podręczny (kochany Wizzair) oraz rejestrowany (jeden na trzy osoby). Nie miało to zbytnio sensu, jako że na Islandię i tak zabieraliśmy jedynie plecaki. Cóż, mogliśmy przynajmniej spokojnie wywieźć z kraju kilka słoików masła orzechowego, no i przede wszystkim namiot. Te rzeczy koniecznie musiały lecieć z nami… co najmniej  do Londynu!

W Luton trzeba było zrobić jeszcze małe zakupy...

Przed Islandią, w sensie że jeszcze w Anglii – cała nasza ekipa – ja, Aga i Kuba

Na miejscu poznaliśmy początkującego couchsurfera Roberta. Znajomość z kategorii tych najbardziej absurdalnych. Początkowo mieliśmy przechować u niego namiot, ostatecznie skończyło się na wspomnianym wyżej maśle orzechowym oraz kilku konserwach na eurotripową drogę powrotną. Namiot natomiast postanowiliśmy zabrać ze sobą w dalszą podróż. Wypożyczenie takowego na Islandii mogłoby nas kosztować  majątek.

Generalnie Luton wspominam bardzo dobrze. Już na samym początku wsiedliśmy do złej taksówki, której kierowca odwiózł nas jednak z powrotem w okolice lotniska. Potem nowopoznany Robert okazał się super gościem i przenocował całą naszą trójkę, pomimo iż pierwotnie wcale o to nie prosiliśmy. Gdy tylko weszliśmy do wynajmowanego przez niego mieszkania, naszym oczom ukazały się kręgi solne. Na szczęście, jak się potem okazało, nasz gospodarz wcale nie zajmował się okultyzmem. Chodziło tylko o ślimaki.

Bez tej pani to zdjęcie nie byłoby takie same!

Bez tej pani to zdjęcie nie byłoby takie samo!

Następnego dnia wczesnym rankiem wsiedliśmy w samolot. Nim jednak do tego doszło, czekały nas oczywiście problemy z przewozem namiotu w bagażu podręcznym. Tutaj zawsze istnieje ryzyko, że ktoś weźmie nas za terrorystów. Trochę ironizuję, to fakt. Zastanawia mnie po prostu, że raz nikt nie robi problemów, kiedy indziej zaś trzeba wyrzucić śledzie… i stelaż!!! Jedynym wyjściem była interwencja u jakiegoś szefa, kierownika, zwierzchnika czy jakoś tak. Facet rzucił okiem i ostatecznie pozwolił na przewiezienie całego kompletu. Hmm, ze skrajności w skrajność i weź tu zrozum Brytyjczyków.

 Isl2

Advertisements

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Listopad 30, 2014, in Na tropie elfów. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: