Ucieczka z betonowej dżungli

DSC00976-002

Do tej pory Borneo było dla mnie wręcz synonimem zaginionego świata. Oczami wyobraźni widziałem tam oczywiście olbrzymie połacie lasów tropikalnych, królestwo orangutanów – istną Księgę dżungli. Doskonale jednak zdawałem sobie sprawę, że ten naiwny obrazek został już pewnie lekko nadszarpnięty przez machiny czasów nam współczesnych. Mimo wszystko zderzenie z rzeczywistością okazało się być wyjątkowo zaskakujące, bowiem tak oto przede mną wyrosły olbrzymie galerie handlowe, strzeliste apartamentowce i prężnie rozwijająca się metropolia, która wydawała się dążyć szybciej do nowoczesności niż większość polskich miast. Zamiast plemiennych obrzędów skupiających się wokół czaszek poległych wojowników, trafiliśmy na wybory najpiękniejszej dziewczyny w Kota Kinabalu; a gdy już ostatecznie znaleźliśmy się na skrawku cywilizacji, największym kuriozum okazał się być przebojowy producent muzyczny z Londynu.

Ogólny stan rzeczy odbiegał więc lekko od pierwotnych wyobrażeń, lecz mimo wszystko nie czuliśmy się tym specjalnie przytłoczeni… Jedyną rzeczą z którą średnio sobie radziliśmy była niesamowicie wysoka temperatura. Gdy tylko opuściłem klimatyzowany terminal lotniczy od razu poczułem jak w całym ciele ścina mi się białko. Do centrum dostaliśmy się taksówką i bardzo szybko udało nam się odnaleźć hostel Asia Adventure, który zlokalizowany niemal w samym sercu turystycznej dzielnicy Kota Kinabalu, okazał się być naszym prawdziwym domem na Borneo – swoistą bazą wypadową przed każdą większą eskapadą. To właśnie tam próbowaliśmy naszkicować plan na kolejny miesiąc, gdyż oczywiście nie zrobiliśmy tego przez te wszystkie miesiące od momentu kupienia biletów. Tak czy inaczej, na cel naszego pierwszego wypadu w nieznanie obraliśmy północny skrawek wyspy.

DSC00980-001

DSC00953-001

Tip of Borneo – czyli najdalej na północ jak się tylko da… a i tak blisko równika.

DSC00954-001

Borneo – trzecia największa wyspa na świecie

Tampat Do Aman

Pod tą nazwą kryje się urokliwe obozowisko w środku przerzedzonej dżungli na skraju Morza Południowochińskiego. Doskonałe miejsce dla wszystkich tych szukających błogiego spokoju i chwili wytchnienia. Połączenie sielanki i dobrego biznesu, bo w ogólnym rozrachunku oferowane tu nocleg i usługi wcale nie są takie tanie. Całość to jednak jeden wielki projekt społeczny aktywizujący zawodowo tamtejszą wspólnotę i mający na celu promocję tego ubogiego regionu i ochronę lokalnej przyrody. Obozowisko to kilka tradycyjnych longhouse’ów i szereg namiotopodobnych drewnianych chatek. W środku znajdziemy wszystko to co niezbędne (przynajmniej w moim odczuciu), czyli wiatrak i rozpostartą nad łóżkiem moskitierę, która stwarza jedyną w swoim rodzaju strefę komfortu psychicznego. W bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się oczywiście ekologiczny wychodek oraz bajeczny prysznic, który z racji swojego niezadeszenia gwarantuje niezapomniane wrażenia niczym z reklam szamponów i żeli do ciała. Cały ten ośrodek kierowany jest przez Howarda – faceta z ogromną pasją i wizją, który dawno temu przyjechał tutaj z Anglii, odnajdując jednocześnie swoje miejsce na ziemi.

DSC00970-001

DSC00963-001

Co mnie lekko zaskoczyło to fakt, że obozowisko nie znajduje się nad samą plażą. Żeby dostać się do strefy wypoczynku potrzebny jest półgodzinny spacer podczas którego wykończyć może cię zarówno udar słoneczny, jak też spadający znienacka kokos. Na szczęście w większości przypadków Howard oferuje swoim gościom podwózkę, co drastycznie zmniejsza skalę potencjalnych zagrożeń. Nie od dziś wiadomo, że na Borneo wszystko chcę cię zabić 🙂

DSC01045

DSC01049

Kartka z pamiętnika – 18 maj 2015

„Totalny odlot! W ciągu jednej godziny zdążyłem zgubić paszport, doznać totalnej ciemności w dżungli i wziąć najlepszy na świecie prysznic pod burzowym niebem. Mam jednak nieodparte wrażenie, że wszechświat czeka na jakieś spektakularne potknięcie z mojej strony. Ledwo bo ledwo, ale jak dotychczas wszystko pozostaje pod kontrolą. Przykładowo, jeżeli trzeba już zaliczyć wpadkę ze zgubieniem paszportu to najlepiej chyba odbębnić to w samochodzie Anglika, którego znają wszyscy lokalsi w okolicy. Doprawdy, nie ma to jak biegać histerycznie nocą po dżungli, pukać do pierwszej napotkanej na swojej drodze bambusowej chaty i prosić o skorzystanie z telefonu. Normalnie akcja tygodnia. Dosyć szczęśliwie jutro odzyskam (chyba) i paszport i kamerę i inne takie bezwartościowe przedmioty.

PS Właśnie przeżywamy naszą pierwszą tropikalną ulewę i aż specjalnie pobiegłem jeszcze raz pod prysznic.”

DSC01050-001

Każdy pokój miał swój specjalny odpowiednik ze świata zwierząt. Zobaczyć pangolina na żywo gdzieś w dżungli to byłoby coś!

Advertisements

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Styczeń 31, 2016, in Opowieści z Borneo, Uncategorized. Bookmark the permalink. 10 komentarzy.

  1. Gdzieś czytałem, że spadające kokosy są statystycznie jedną z częstszych przyczyn śmierci (o wiele częstszą niż na przykład poparzenie meduzy czy atak niedźwiedzia). Uważajcie na siebie 😀

  2. Kartka z pamiętnika mnie ubawiła! Świetny język!

  3. A masz może w planach oglądanie orangutanów? (pewnie tak 🙂 Słyszałam, że mogą one przemierzyć Borneo wzdłuż i wszerz, nie opuszczając koron drzew! Niesamowite zwierzęta. Szkoda tylko, że wyrąb borneańskich lasów tak znacznie ograniczył ich populację 😦 Zazdroszczę tej wyprawy i tych niesamowitych widoków!

    • No właśnie najlepszym przeżyciem było chyba spotkanie dzikich orangutanów w dżungli. Mieliśmy ogromne szczęście i dobre oko, co jako przyszłego zoologa cieszy mnie niezmiernie i napawa optymizmem na przyszłość! 😀

  4. Oj mnie Kota Kinabalu odrzuciło prawie od razu, z resztą z wzajemnością, bo najpierw trafiłam do Kuching, które nie mniej betonowe może, ale mniejsze i z fajnym klimatem. Z KK zrobiłyśmy z kumpelą bazę wypadową, byleby tam nie siedzieć za długo (karaczany hotelowe, które zajęły mi łóżko też miały w tym swój udział, przyznaję :D). Plantacja herbaty, wyspy Tunku Abdul Rahman Park, okolice góry Kinabalu .. byle dalej od miasta. Do Tampat Do Aman jednak nie dotarałam, a widzę, że fajno. W tym roku planuje powrót, więc może się uda? 🙂

    • No widzisz… a ja na przykład na Borneo raczej prędko nie wrócę. Trochę za dużo tej komercji jak dla mnie. My do Kuching zajechaliśmy pod koniec, więc można powiedzieć że trafiliśmy idealnie. KK nie ma w ogóle startu do tego całkiem sympatycznego miasta kotów 😀

  5. Na koralowcach zatrzymałam się dłuższą chwilę, bo ostatnio dostałam takie w prezencie. Prosto z Indonezji. I z 40 razy mniejsze 🙂 Są tak przedziwne, że wzroku od nich nie mozna oderwać 🙂

  6. No nie, ja bym się w te okoliczności nie nadawała. Nie trzeba by mi było żadnych zagrożeń zewnętrznych – ze strachu bym umarła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: