Niezły Iran

11 maja 2016 – dzień 5

Siedzimy właśnie na dworcu autobusowym w stolicy Iranu i czekamy na kolejny etap naszej podróży. Do Kamila zaczyna chyba powoli docierać że rzuca się nieco w oczy. Ciekawe czy spodobałoby mu się w Indiach?

Tak więc wróćmy jeszcze na chwilę do Armenii. Z Kapat jechaliśmy trzema stopami. Pierwsze dostaliśmy do ostatniego miasta przed górami, którego nazwy nie pamiętam. Tam czekaliśmy razem z pół tuzinem lokalnych robotników na kolejnych robotników, z którymi przeprawiliśmy się przez te ponad dwukilometrowe szczyty do Meghri. Stamtąd już trochę z buta przed siebie i potem jeszcze z żołnierzami na granicę. W Iranie na początek poruszaliśmy się transportem zorganizowanym:

Granica – dworzec autobusowy gdzieś w Hadishahr chyba (600 tys.)

Autobus do Teheranu (380 tys.)

Autobus do Maszadu, gdzie chcieliśmy złożyć bardzo szybko wnioski o wizę do Turkmenistanu (350 tys.)

13 maja 2016 – dzień 7

Czyżby piątek trzynastego okazał się pechowy? Niemal cały dzisiejszy dzień spędziliśmy na szukaniu wylotówki z Maszadu na południe. Już sama ta czynność kosztowała mnie większą część moich sił życiowych. Jednym autobusem, potem drugim autobusem (77) na lotnisko a stamtąd znowu wracaliśmy pieszo bo wysiedliśmy za daleko. Następnie pewien przypadkowo poznany chłopak wyprowadził nas dosłownie za rękę na odpowiednią trasę i okazał się tym samym chyba pierwszą osobą mającą jakieś wyobrażenie o autostopie. Koniec końców bardzo zmęczeni znaleźliśmy się w niesamowicie dużym i pięknym parku. Był on pełen całych rodzin spędzających ten wolny dzień razem. Nigdy jeszcze nie widziałem tylu piknikujących w jednym miejscu ludzi. W powietrzu unosił się znajomy zapach grillowanego mięsa i jakoś tak zatęskniło mi się za domem. Chociaż bariera językowa wydaje się tutaj niemal nie do przeskoczenia to ludzie robią naprawdę dużo by nam pomóc.

14 maja 2016 – dzień 8

Okazuje się jednak, że autostop w Iranie to rzecz możliwa. Piszę to ze spora ulgą, bo przyznam że po wczorajszym dniu hańby miałem już pewne obawy. Dzień rozpoczęliśmy od spektakularnego wkroczenia na autostradę. Niemal od razu, gdy tylko pojawiliśmy się na bramkach podbiegł do nas kierownik częstując zimna wodą i ciasteczkami. Po chwili wszyscy pracownicy zaczęli łapać już dla nas stopa co oczywiście dosyć szybko przyniosło pozytywny efekt. Pierwszy samochód podrzucił nas do miasta Torbat, a nawet trochę dalej bo na punkt kontroli policyjnej. Tam mieliśmy teoretycznie czekać aż funkcjonariusze zatrzymają pierwszy lepszy autobus jadący do Tabas, ale całe szczęście udało nam się ich uprzedzić i ogarnąć ciężarówkę do Gonabad.

Na początku naszej znajomości Mohamad (kierowca ciężarówki) mówił tylko w języku farsi, ale już kilka godzin później gdy siedzieliśmy u niego w domu niespodziewanie uaktywniły się jego zdolności lingwistyczne. Nie wiem czy ten trend się utrzyma, ale jak na chwilę obecną trzeba uczciwie przyznać, że Irańczycy bardzo niechętnie używają angielskiego na początku znajomości i niekiedy może stanowić to mały problem. Niemniej jednak na tym właśnie polega podróż, na problemach i umiejętności ich rozwiązywania. Czasami poziom naszej kreatywności wykracza znacznie powyżej maximum i to chyba dzięki temu udało nam się jeszcze nie zgubić.

Po tym jak już uporaliśmy się z wielką porcją ryżu, nasz gospodarz wsadził nas z powrotem w samochód (tym razem osobówkę) i zabrał w krótką objazdówkę po okolicy. Po raz pierwszy było dane zobaczyć mi antyczną lodówkę, która w sumie zaintrygowała mnie bardziej, niż też zresztą piękny lokalny meczet. Ostatecznie Mohamad zawiózł nas na wjazdówkę w stronę południowego Iranu, pożegnał, ucałował, zostawił, a potem jeszcze raz przyjechał żeby upewnić się, że żyjemy i generalnie dajemy sobie radę. A radziliśmy sobie całkiem nieźle bo a to ktoś zaoferował nam nocleg, a to znowu inna osoba chciała wepchnąć nam pieniądze. Z obu tych ofert uprzejmie nie skorzystaliśmy, a po krótkim czasie znowu siedzieliśmy w samochodzie i tym razem kierowaliśmy się w stronę Ferdows, gdzie w dziwnych okolicznościach wylądowaliśmy na irańskiej siłowni wzbudzając przy tym olbrzymią sensację. Generalnie cały dzień był zaprzeczeniem dnia wczorajszego. Życie jest piękne, a ludzie jeszcze lepsi. Niech żyje Iran!

Advertisements

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Czerwiec 1, 2016, in Stopem przez Azję. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: