Raz na wozie, raz pod wozem

26 maja 2016 – dzień 20

Wczoraj miała miejsce chyba największa podróżnicza porażka mojego życia. Nie dostaliśmy wizy tranzytowej do Turkmenistanu! Cały ten misterny plan, żeby jak na złamanie karku pędzić przez cały Iran do Maszadu okazał się zupełnie nieskuteczny. W jednym momencie niebo zwaliło nam się na głowy rujnując przy tym wszystkie możliwe założenia na kolejne dni. Gdy jednak po pewnym czasie ustąpiła faza głębokiego szoku, musieliśmy szybko przystąpić do działania.

Generalnie była to jedna wielka improwizacja, bo też rozważaliśmy chyba wszystkie możliwe warianty, ze zmianą kontynentu włącznie. Niestety bezpośrednie loty z Iranu do Uzbekistanu były za drogie. Przesiadka w Azerbejdżanie również nie wchodziła w grę, bo nawet kobieta pracująca w polskiej ambasadzie w Baku nie umiała nam powiedzieć, czy bez niezbędnej wizy będzie to w ogóle możliwe. Ostatecznie zdecydowaliśmy się wrócić do Armenii, a stamtąd lecieć przez Moskwę do Taszkentu (koszt około 1000 PLN). Po raz kolejny przyszło nam więc pokonać odcinek Maszad – Teheran autobusem, przy czym tym razem udało nam się zejść do tylko 300 tys. riali od osoby. Po drodze nie obyło się oczywiście bez przygód, bo trafiliśmy akurat na potężną burzę piaskową. Wszechobecny pył przykrył całe niebo, a widoczność spadła niemal do zera. Bardzo silny wiatr był w stanie poruszać naszym autobusem do tego stopnia, że w pewnym momencie zerwał długą na kilka metrów część karoserii.

Do stolicy Iranu dojechaliśmy skoro świt, lądując niespodziewanie na południowym dworcu autobusowym, czyli zupełnie nie po tej stronie miasta której chcieliśmy. Biorąc pod uwagę, że przyszło nam teraz jechać autostopem w kierunku północnym, jedynym rozwiązaniem było przedostanie się przez całe to wielomilionowe ludzkie mrowisko. Na samą myśl o tym przechodziły mnie aż dreszcze. Szczęśliwie nieopodal południowego dworca znajduje się stacja metra, a stamtąd trzema liniami (czerwoną, niebieską i zieloną) dojechaliśmy do Karadż – potem było już bardzo blisko do autostrady na Tebriz. Tego dnia łapanie stopa przychodziło nam nadzwyczajnie łatwo. Ludzie zatrzymywali się nim w ogóle zdążyliśmy się odwrócić. Jeden jegomość wziął nas za profesjonalnych górołazów, zauważając przy tym że Polacy to naród wybitnych himalaistów. Potem jakiś pan co nie znał słowa po angielsku postanowił nam pomóc a przy okazji opowiedzieć historię swojego życia. Dzięki temu że włączył internet oraz połączył się z córką, która tłumaczyła z farsi na angielski mogłem dowiedzieć się że jego brat to niejaki Ehsan Houshmand – znany więzień polityczny. Następnie jechaliśmy z młodym żołnierzem, który do armii poszedł po paszport, a teraz marzy już tylko o przeprowadzce do Montrealu. Ostatecznie trafiliśmy nawet na tureckich kierowców ciężarówek, z którymi zjedliśmy przepyszny obiad podczas jednego z postojów. Łącznie pokonaliśmy blisko 760 km i ostatecznie dojechaliśmy do przygranicznego miasta Jolfa, gdzie spędziliśmy ostatnią noc na irańskiej ziemi. Muszę przyznać, że ciężko było mi opuszczać ten niesamowity kraj, który w moim sercu zostanie jeszcze na bardzo długo.

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Czerwiec 7, 2016, in Stopem przez Azję. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: