Raz jeszcze o Armenii

29 maja 2016 – dzień 23

Nie wiem czy obudził mnie przejeżdżający nieopodal pociąg, czy też może skwar panujący wewnątrz naszego przytulnego namiotu. W każdym razie noc spędziliśmy w bezimiennych krzakach, gdzieś na centralnym dworcu kolejowym w stolicy Armenii. Odkąd wyjechaliśmy z Iranu nie mogę przyzwyczaić się do trzech rzeczy, a mianowicie do tego że z większością ludzi można się dogadać (po rosyjsku, ale zawsze), do tego że kobiety są bardziej rozebrane niż ubrane i do tego że wszędzie dookoła panuje jakiś taki lekko przygnębiający nastrój. Nie ma znaczenia czy jest się na północy, czy też na południu, gdyż niemal w każdym większym mieście znajduje się jakaś opuszczona, pokryta rdzą fabryka.

Armenia to kraj, który generalnie stracił chyba najwięcej na rozpadzie Związku Radzieckiego. Czasami odnosi się wrażenie, że wszystko zapowiadało się tutaj wspaniale a potem nagle ktoś zgasił światło i tak po prostu wyszedł. Przemysł zamarł niemal całkowicie, a cały kraj ogarnęła totalna stagnacja. Teraz ludzie masowo emigrują do Stanów, UE lub Rosji. Trzeba jednak również przyznać, że Ormianie to naród niebywale dumny o silnym poczuciu obowiązku wobec ojczyzny i w razie ewentualnego konfliktu na pewno większość z nich wróciłaby bronić ziemi swoich ojców. Z resztą sposobność ku temu nadarzyła się nie dalej niż miesiąc temu kiedy konflikt z Azerami niespodziewanie eskalował. W wyniku przygranicznych starć, życie straciło kilkadziesiąt żołnierzy, w większości po stronie azerskiej, przynajmniej tak nam powiedziano.

Ormianie to dobrzy ludzie, którzy w swojej historii doświadczyli wiele złego z ludobójstwem włącznie i może dlatego tak bardzo cenią sobie wszelkie rodzinne wartości a także życie drugiego człowieka. Czasami jednak miałem wrażenie że pomagano nam nie z własnej woli, a z poczucia obowiązku. Bo tak trzeba – mówili kiedy zapraszali nas do samochodu, mimo iż wcześniej pytali się ile możemy im zapłacić. Przykładowo jeden taksówkarz podwiózł nas 220 km do Erywania i myślę że ten fakt trzeba odnotować. Kierując się w stronę stolicy minęliśmy miejsce z którego odchodzi droga do Azerbejdżanu. Oczywiście była to wyjątkowo pusta droga. Zaraz potem wjechaliśmy do przedziwnej miejscowości, gdzie niemal na każdym kominie gniazdowały bociany. Wokół pełno było sztucznych stawów oraz przydrożnych bazarów, gdzie sprzedawano ryby. Właściwie w całej Armenii, a także Gruzji można natrafić na takie wioski czy miasteczka, gdzie wszyscy sprzedają dokładnie to samo. W jednym mieście handluje się na przykład hamakami, a już w kolejnym można kupić już tylko olej samochodowy.

Jako że autostop przez ostatnie dni szedł nam całkiem wybornie, mieliśmy jeszcze trochę czasu na zwiedzenie okolicy. Postanowiliśmy więc pojechać nad jezioro Sewan, które od Erywania oddalone jest o około 50km. Z dworca centralnego jeździ marszrutka 261 na dworzec wschodni a tam można już znaleźć jakiś tani transport nad jezioro. My dojechaliśmy tylko do miasteczka o tej samej nazwie (nie mieliśmy więcej gotówki) a tam wypłaciliśmy pieniądze z bankomatu coby było na kiełbasę i piwo, które ostatecznie postanowiliśmy sobie jednak wyobrazić. Nad samym jeziorem przeżyliśmy lekki zawód, gdyż okazało się że cała linia brzegowa jest zagrodzona i o porządne miejsce na ognisko będzie niebywale ciężko.

Po dłuższej chwili marszu, naszym oczom ukazała się malowniczo położona cerkiew starsza podobno niż sam półwysep na którym się znajduje. Pierwotnie była ona wzniesiona na wyspie i żeby do niej dotrzeć trzeba było przeprawić się pierwsze przez odmęty jeziora. Mimo iż od tamtych czasów upłynęło pewnie wiele stuleci to i mnie przyszło brodzić po pas w poszukiwaniu idealnego miejsca na obozowisko. Jak już wspomniałem wcześniej, wszędzie nad jeziorem znajdują się stare obskurne budki i ogrodzenia – niektóre z nich ciągną się po kilka metrów i znikają dopiero pod powierzchnią wody. Jedną z takich przeszkód postanowiłem pokonać i tym samym niespodziewanie włamałem się na teren zabytkowej cerkwi. W porę jednak uświadomiłem sobie mój błąd przez co obyło się bez przykrych konsekwencji. Zrezygnowani postanowiliśmy rozpalić ogień tak jak staliśmy i niestety to również okazało się naruszeniem czyjejś własności. Wszystko dookoła nas sprawiało lekko postapokaliptyczne wrażenie, więc możecie sobie tylko wyobrazić nasze zdziwienie, kiedy to w pewnym momencie podjechały trzy czarne mercedesy z przyciemnionymi szybami. Na szczęście ze środka wyskoczyła trzypokoleniowa rodzinka i oznajmiła że możemy zostać jak długo nam się tylko podoba. Po chwili rozmowy postanowiliśmy jednak ruszyć dalej i spróbować szczęścia raz jeszcze. Tym razem się udało. Jak to mówią, do trzech razy sztuka.

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Czerwiec 13, 2016, in Stopem przez Azję. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: