Lekcja cierpliwośći

_DSC0017-002

6 czerwca 2016 – dzień 31

Podróżując, szczególnie autostopem, człowiek nie może być pewien absolutnie niczego. Życie już nie raz uczyło mnie przecież pokory, jednak dopiero w Uzbekistanie przyszło mi przejść wyjątkowo uciążliwy kurs anielskiej cierpliwości. Plan był prosty – opuścić ten kraj jak najszybciej. Mogłoby się wydawać, że pójdzie nam łatwo… nic z tych rzeczy.

Zaczęło się dobrze, ale tak jest zawsze. Wszystko szło po naszej myśli i z Taszkentu udało nam się bezproblemowo dotrzeć do miasta o kojarzącej się z chemią nazwie – Namangan. Stamtąd planowaliśmy już przedostać się na najbliższe przejście graniczne między Uzbekistanem a Kirgistanem. W tym miejscu zaczęły się jednak schody, gdyż dookoła panował jeden wielki chaos informacyjny. Absolutnie nikt nie był w stanie powiedzieć nam, czy nasz masterplan ma w ogóle rację bytu. Okazało się ( już po fakcie) że nie miał. Nic a nic. Na opustoszałym przejściu granicznym przywitał nas tylko sympatyczny żołnierz, który wzruszył ramionami i doradził byśmy szukali szczęścia gdzie indziej, gdyż tutaj wszelki ruch został jakiś czas temu wstrzymany do odwołania.

Żeby nam jeszcze dołożyć atrakcji, w drodze powrotnej do Namangan zatrzymała nas policja. Który to już raz? Nie wiem, bo przestałem liczyć. Tym razem nawet nasz taksówkarz został wyprowadzony z równowagi, po tym jak przez pół godziny musiał składać niepotrzebne wyjaśnienia oraz tłumaczyć się z tego w jakich okolicznościach przyszło nam się poznać. Do pokoju zwierzeń trafiłem również i ja. Muszę przyznać, że jestem absolutnie zszokowany tym, jak bardzo poprawił się mój rosyjski. Całe przesłuchanie traktowałem zresztą jak osobliwą lekcję języka obcego i może dzięki temu udało mi się zachować względny spokój.

Gdy już cała nasza trójka opowiedziała historię swojego życia, pozwolono nam kontynuować podróż. Jeszcze tego samego wieczoru postanowiliśmy dojechać do Andijon. Wszystko po to, by znaleźć się na granicy jak najszybciej to tylko możliwie. Z racji mocno już nadwyrężonego budżetu, w grę wchodził jedynie autostop. Niestety, w tym miejscu humor przestał nam już dopisywać, a morale spadły niewyobrażalnie. Termin ważności wizy upływał bowiem dnia następnego, a my wylądowaliśmy… w sumie to nawet nie wiedzieliśmy gdzie. Zdesperowani zaczęliśmy łapać stopa pod osłoną nocy. Zupełnie niewidoczni dla kierowców, czekaliśmy na jakiś cud. Szczęściu zawsze trzeba jednak trochę dopomóc, więc w przypływie geniuszu wyciągnąłem latarkę, której światło skierowałem na swój kciuk zwycięstwa. Zadziałało! Już chwilę później zatrzymał się przemiły człowiek, który nie dość że dowiózł nas do Andijon, to jeszcze zaoferował nocleg u siebie w domu. Byliśmy już tak wyczerpani, że po raz pierwszy nie próbowaliśmy już nawet odmawiać. Po skromnym poczęstunku i wielokrotnej degustacji jabłkowego kompotu domowej roboty położyliśmy się spać na tarasie. Spoglądając na tysiące gwiazd na nocnym niebie, powoli oddawałem się w objęcia Morfeusza.

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Lipiec 13, 2016, in Stopem przez Azję. Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Wielcy ludzie są zawsze skromni i maja dobre serce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: