Ala-Kul, horror i ból

_DSC0222-004

13 czerwca 2016 – dzień 38

To co wydarzyło się ostatnio przechodzi zupełnie ludzkie pojęcie! Słowem wstępu postanowiliśmy wybrać się na krótki trekking nad podobno jeszcze zamarznięte jezioro Ala-Kul. Już od kilku miesięcy, dręczony dziesiątkami bajecznych fotografii, wizualizowałem sobie letnie promienie słońca odbijające się wesoło od idealnie turkusowej toni. Pozostało więc tylko przekonać jeszcze Kamila, który delikatnie mówiąc wielkim wielbicielem gór nie jest i można było ruszać na podbój górskich szlaków.

Z miasta Karakol kursuje marszruta nr 102 dojeżdżająca niemal do samej granicy parku narodowego. Dosłownie kilka metrów za przystankiem znajduje się szlaban, którego przekroczenie kosztuje 250 som od osoby + specjalna opłata za namiot, której to udało nam się sprytnie uniknąć. Na tym etapie podróży szczęście sprzyjało nam wyjątkowo mocno, bo też strażnik zapisujący nasze dane w ogromnym zeszycie tak po prostu zaoferował nam darmową podwózkę przez kilka pierwszych kilometrów. Autostop złapał się więc sam, a my uniknęliśmy przy tym kilkugodzinnego marszu przez okoliczne wioski. Osobiście było to dla mnie jak wygranie na loterii, gdyż wciąż jeszcze nie uporałem się z poparzeniem słonecznym mimo wielkich chęci i całonocnych okładów z kefiru. W rezultacie plecak z całym ekwipunkiem powędrował na brzuch, co bynajmniej wcale nie ułatwiało wchodzenia pod górę.

Jako że wybraliśmy się bez mapy, opieraliśmy się tylko na kilku podstawowych informacjach oraz naszych wyobrażeniach. Pierwsza część szlaku to niewymagająca (a nawet lekko nużąca) wędrówka przez lokalne koczownicze osady i rozległe pastwiska. Z czasem asfaltowa droga zanika i zaczyna się prawdziwa gratka dla miłośników jazdy terenowej. Wszelkim nieugiętym piechurom pozostaje natomiast podążanie tą trasą, aż do momentu gdy po lewej stronie pojawi się duży drewniany most prowadzący do lasu. Jest to drugi most, który przyjdzie nam przekroczyć oraz punkt gdzie zaczyna się docelowy szlak nad jezioro Ala-Kul. W okolicy znajduje się też wiele idealnych miejsc pod namiot, gdzie można przeczekać noc, bądź też oberwanie chmury.

_DSC0226-002

_DSC0225-001

Połowa czerwca to czas, w którym powoli rozpoczyna się sezon trekkingowy. Szlaki co prawda są już otwarte, jednak bardzo często obficie podmywane przez roztapiający się śnieg. Jedną z takich przeszkód w postaci ogromnej górskiej kaskady przyszło nam się zmierzyć wczoraj wieczorem i w rezultacie dzień zakończyliśmy w smugach dymu, próbując desperacko wysuszyć nasze obuwie. Niemal dwie godziny zmarnowaliśmy przeprawiając się przez ten 50 metrowy odcinek, podejmując się przy okazji budowy prowizorycznego mostu. Dziesiątki przerzuconych kamieni i wydawałoby się olbrzymi sukces, który niestety przedwcześnie świętowany zakończył się chwilą dekoncentracji i w rezultacie nieplanowaną kąpielą przy najbliższej możliwej okazji.

Bardzo mokre buty to jednak nic w porównaniu do tego co spotkało nas jeszcze później. Czasami mówi się by nie wywoływać wilka z lasu i jest w tym powiedzeniu dużo racji… szczególnie jeśli potraktujemy je dosłownie. W przeciwieństwie do mnie, mój kompan podróży najbardziej obawia się nie ludzi, tylko właśnie dzikich zwierząt. W rezultacie wszędzie dostrzega czające się na nas niebezpieczeństwo. Do tej pory zresztą utrzymuje, że pewnego wieczoru widział niedźwiedzia przechadzającego się nieopodal naszej ciężarówki, w co oczywiście mu nie wierzę 🙂 Dlatego też, gdy Kamil po raz kolejny w swojej karierze podniósł alarm, najnormalniej w świecie postanowiłem go zignorować. Zajęty wędzeniem butów, konsumpcją ryżu i próbami podtrzymania ognia nie miałem głowy by przejmować się jeszcze takimi wymysłami. Dla świętego spokoju włączyłem jednak latarkę i ku mojemu zdziwieniu odkryłem wielkiego zwierza stojącego dosłownie kilka metrów za Kamilem. Muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem. Pomimo całej powagi i chwili niewątpliwej grozy, sytuacja prezentowała się naprawdę groteskowo. Kamil uzbrojony jedynie w nóż do masła wpatrywał się we mnie z przerażeniem. Totalnie zastygł w bezruchu, można powiedzieć że zupełnie przestał oddychać. Na dobrą sprawę byliśmy bezbronni, ba, nie mieliśmy nawet butów na nogach, bo te suszyły się przy ognisku, które i tak zresztą zaczęło niefortunnie już przygasać.

W mojej głowie wytworzyła się jakaś przedziwna próżnia. Na myśl nie przychodziło mi absolutnie nic, co mogłoby nam w jakimś stopniu pomóc. Cała moja kreatywność ograniczała się do celowania światłem latarki w oczy zwierzęcia, który po dokładniejszych oględzinach okazał się być wyjątkowo wyrośniętym psem. Małe to pocieszenie gdyż wyraźnie głodny wilczur zataczał co raz to mniejsze koło, a celem który sobie obrał był chyba pusty już garnek… no bo raczej nie my. Nieco już zrezygnowani postanowiliśmy dać mu ten przeklęty garnek do wylizania. Sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli, gdyż zwierzę chwyciło tylko naczynie w zęby, po czym rozpoczęło karkołomną ucieczkę przez okoliczne zarośla. Przez chwile podjąłem się nawet próby odzyskania naszej własności, jednak w momencie gdy wilczur postanowił obrać trasę przez rwącą rzekę zmuszony byłem odpuścić pościg. W takich to właśnie nadzwyczajnych okolicznościach straciliśmy nasz jedyny garnek do gotowania oraz resztki dobrego humoru.

_DSC0232-002

Dzień następny nie przyniósł poprawy nastroju, a jedynie wyraźne załamanie pogody. Mało wymagający szlak zmienił się teraz nie do poznania, a jego przejście było teraz nie lada wyczynem. Od wspomnianego mostu zaczyna się bowiem nieustające podejście w górę, które podczas obfitych opadów zmienia się w błotnistą zjeżdżalnię. Po blisko dwóch godzinach heroicznych zmagań znaleźliśmy się ponad linią drzew by dosłownie po kilku minutach zgubić się w gęstej mgle. Zupełnie zdezorientowani byliśmy już bliscy rezygnacji jednak w ostatnim momencie zauważyliśmy kamienne kopce oznaczające szlak. Podążając za nimi zeszliśmy do malowniczej doliny, odnajdując przy tym drewnianą chatkę, w której postanowiliśmy spędzić kolejną noc. Choć miejsca nie starczy tam dla zbyt wielu osób, istnieje możliwość rozpalenia ogniska i wysuszenia rzeczy, a na tym zależało nam najbardziej.

_DSC0276-001

_DSC0248

Niestety nazajutrz musieliśmy już ostatecznie uznać wyższość pogody i zarządzić odwrót. Od upragnionego celu okazało się mnie dzielić znacznie więcej niż tylko dwie godziny ostrego podejścia. Tragiczne warunki atmosferyczne i nieadekwatny do takiej sytuacji sprzęt sprawiły że przyjemny z pozoru trekking okazał się iście brutalnym doświadczeniem. Zawsze należy się jednak skupiać na pozytywach, a takie też miały miejsce. Raz jeszcze udało mi się nauczyć czegoś nowego i po raz kolejny przypomniałem sobie znaczenie słowa pokora. W drodze powrotnej świeciło nawet przez chwilę słońce, co znacznie ułatwiło nam zejście stromym szlakiem. W okolicach drugiego mostu okazało się że nie jesteśmy odosobnieni w naszej decyzji. Spotkaliśmy tam równie zrezygnowanych Australijczyków, którzy podobnie jak my postanowili zawrócić do Karakol. Całą czwórką zdecydowanie łatwiej przyszło nam pogodzić się z deszczową rzeczywistością i ostatecznie z trasy zeszliśmy w uśmiechem na twarzy. Co ciekawe koniec trekkingu nie oznaczał wcale końca znajomości z nowo poznaną parą. Sarah i Matt okazali się być kimś więcej niż tylko epizodycznymi postaciami na naszej drodze, ale o tym gdzie i kiedy przyszło nam się spotkać po raz kolejny przeczytacie dopiero za jakiś czas. _DSC0286-001

_DSC0281

_DSC0287-001

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Lipiec 18, 2016, in Stopem przez Azję. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: