Zmiana planów, zmiana kraju

20160617_130002-001

17 czerwca 2016 – dzień 42

Może to zwykły pech, a może to my jesteśmy bezpośrednio odpowiedzialni za prawdziwy armagedon, jaki rozgrywa się w każdym nowym miejscu, w którym tylko postawimy naszą nogę. Pomimo iż zdążyliśmy już kilkukrotnie zmienić lokalizację, od jakiegoś czasu deszczowa aura zdaje się nas nie opuszczać. Rozdział kirgiski dobiega więc powoli końca, pora ruszyć na nieznanie wody… dosłownie.

Karakol pożegnaliśmy przy akompaniamencie siarczystej ulewy. Na całe szczęście ludzie zatrzymywali się dla nas w odpowiednich miejscach i w odpowiednim czasie, przez co nasze ubrania i plecaki pozostały względnie suche. Autostop w Kirgistanie wspominać będę zdecydowanie z uśmiechem na twarzy. Wszędzie tutaj spotykałem przemiłych ludzi o wielkich sercach, zawsze gotowych do pomocy. Z tego wszystkiego mało brakowało a zostałbym tutaj na dużo dłużej. W kwestii płatnego autostopu to pytania o pieniądze pojawiały się tylko sporadycznie. Zdecydowanie częściej pytano nas gdzie na czas podróży zostawiliśmy żonę i dzieci. Warto zdać sobie sprawę, że w Kirgistanie europejski wymysł małżeństwa po trzydziestce, albo w ogóle małżeństwa z miłości nie znajduje raczej zastosowania. Tutaj decydują przede wszystkim względy ekonomiczne.

_DSC0149-001

Do Kazachstanu, następnego kraju na naszej liście, postanowiliśmy dostać się w sposób jak najmniej skomplikowany, czyli bezpośrednio ze stolicy Kirgistanu. Korzystając z okazji zahaczyliśmy również o chyba najbardziej bezstresowy konsulat na świecie. Z niejasnych sobie przyczyn zdecydowaliśmy się nagle na wariant mongolski, rezygnując tym samym z planu dotarcia do Władywostoku. Wyrobienie stosownej wizy zajęło nam dosłownie kwadrans i kosztowało 108$… ale kto by się tym przejmował. Normalnie cena jest o połowę niższa, nam jednak zbytnio się śpieszyło, a przecież czas to pieniądz jak to się powszechnie mawia. Placówka mieści się nieopodal głównej poczty (jakieś 10 minut pieszo) i dosyć łatwo można się tutaj dostać komunikacją miejską. Tak na marginesie wspomnę tylko, że kilka dni wcześniej udało mi się zdobyć prywatny numer osoby bezpośrednio wydającej wizy od pewnej pijanej Brytyjki, co w istocie ułatwiło nam dostanie się do konsulatu – ten bowiem początkowo wydawał się zamknięty. Ze świeżą wizą w paszporcie i jednym problem mniej, pozostało jeszcze tylko załatwić kwestię pocztówek. Nieoczekiwanie to właśnie tutaj pojawiły się pewne trudności. Pamiętam, że z przerażeniem spoglądałem na pracownicę poczty, która beztrosko zapełniała całą powierzchnię kartek wszelakimi znaczkami i stempelkami. W pośpiechu usiłowałem jeszcze wyszarpać jej z rąk kilka pocztówek, próbując przy tym zrekonstruować częściowo zalepione dane osobowe.

Jeszcze tego samego dnia udało nam się przedostać do Kazachstanu i już na starcie, po raz pierwszy od dłuższego czasu, mieliśmy małe problemy ze złapaniem okazji. Po kilku godzinach zatrzymała się jednak pewna starsza kobieta, która nieoczekiwanie zaoferowała nam podwózkę aż na przedmieścia Ałmatego, czyli dawnej stolicy kraju. Byliśmy jej tak wdzięczni, że postanowiliśmy nawet zignorować sposób w jaki kierowała pojazdem z zawrotną prędkością 10 km/h. Momentami miałem wręcz wrażenie, iż zaczynamy jechać do tyłu… Mniejsza z tym, bo na odchodne dostaliśmy jeszcze chleb i wielką pajdę szynki, którą Kamil określił mianem monstrualnej mortadeli.

13443190_994706797304228_980750788961597054_o-001

20160617_153440-001

20160617_153536-001

20160617_133009-001

Almaty przywitało nas prawdziwym oberwaniem chmury. Kilka godzin intensywnych opadów wystarczyło by ulice zamieniły się w rzeczne koryta, a całe miasto pogrążyło się w istnym chaosie. Oczywiście my znaleźliśmy się na zewnątrz w najgorszym możliwym momencie, usiłując przy tym dopełnić obowiązku meldunkowego. W rezultacie straciliśmy niemal nasze paszporty w sytuacji gdy Kamil przez nieuwagę wpadł do pobliskiego rowu. Coś co wyglądało na zwykłą kałużę, okazałą się zdradziecką pułapką. Wszystko stało się nieoczekiwanie szybko i mógłbym wręcz przysiąc, że na chwilę mój kompan zniknął gdzieś pod powierzchnią wody. Po wielu, naprawdę wielu przejściach okazało się że rejestracja i tak nam do szczęścia nie jest potrzebna. Cały wysiłek poszedł więc na marne, bowiem na naszych kartkach migracyjnych widniały dwie pieczęcie a to podobno ostatecznie zwalniało nas z obowiązku meldunkowego.

Reklamy

About Kamil Białas

Przez większą część życia leżał na lodzie, trenując zawodowo łyżwiarstwo figurowe. Potem wszystko to zamienił na drewnianą pryczę w Nepalu. Nigdy nie zostanie znanym podróżnikiem – nazwisko niemal z miejsca go dyskredytuje.

Posted on Lipiec 30, 2016, in Stopem przez Azję. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: