Category Archives: Stopem do Chorwacji

Stopem do Chorwacji: Ostatnia prosta (dzień 5)

Zatoka Umarłych Hoteli

Zatoka Umarłych Hoteli

Ok, przed wyścigiem wyobrażaliśmy sobie to odrobinę inaczej. Piątego dnia od wyjazdu, powinniśmy już byli leczyć oparzania słoneczne, kaca czy też inne dolegliwości związane z przebywaniem na mecie w Kupari. Tak się jednak nie stało. Obudziliśmy się zmęczeni, trzeźwi i głodni jakieś 70 kilometrów od miejsca docelowego. Wczesnym świtem pozbieraliśmy swoje rzeczy i koczowniczym zwyczajem ruszyliśmy jak zawsze przed siebie. Postanowiliśmy odłączyć się od poznanej dzień wcześniej pary autostopowiczów, aby jak najszybciej złapać coś w stronę Dubrownika. W przeciwieństwie do poprzedniej nocy, poranny spacer wzdłuż Adriatyckiej Magistrali sprawiał dużo więcej przyjemności i relaksacyjne wpływał na nasze samopoczucie. Góry, morze, bryza… Nie ciążyło już nad nami widmo śmiertelnego wypadku. Pozostał jednak problem braku pobocza. Najlepszym i jedynym sensownym rozwiązaniem było więc przedłużenie marszu do kolejnego już przejścia granicznego (wciąż bowiem znajdowaliśmy się na terenie Bośni i Hercegowiny).

Tak mniej więcej wyglądała nasz trasa.

Tak mniej więcej wyglądała nasza trasa.

Do niewielkiego przejścia dotarliśmy mniej więcej w godzinę od opuszczenia stacji benzynowej. Plan poskutkował nawet lepiej niż się tego spodziewaliśmy – bramki graniczne okazały się być naszym najlepszym sprzymierzeńcem. Nie zdążyliśmy nawet się odwrócić, gdy zatrzymało się pierwsze auto. Kierowcą okazała się sympatyczna Rosjanka w średnim wieku, która zmierzała właśnie do swojego domu w Czarnogórze. Gdyby nie to, że byliśmy już naprawdę zmęczeni całą podróżą, bez chwili namysłu pojechalibyśmy razem z nią do samego końca. Jednak dzięki temu że w stronę Czarnogóry, jedzie się cały czas w  linii prostej, podwiezieni zostaliśmy praktycznie pod samą bramę pola namiotowego w Kupari. Mój Boże, naprawdę nam się udało!!! Dojechaliśmy!!! Nagle rozległy się brawa, nie wiadomo skąd. Tak witano każdą parę, która przekraczała linię mety. Czym później, tym brawa były większe. Nasze były całkiem konkretne. 96 godzin  – to nasz czas.

Wreszcie namiastka cywilizacji. Mogliśmy już rozbić swoje małe, własne obozowisko. Pośród setek namiotów, odnaleźliśmy ten należący do Ani i Bartka. Tak, tej Ani i tego Bartka, których zgubiliśmy w pierwsze kilkadziesiąt minut od rozpoczęcia wyścigu.

Oczywiście pole namiotowe w Kupari było niemal przeludnione. W pobliskim markecie brakowało niektórych produktów – wiadomo co znikało w pierwszej kolejności. Znikała też ciepła woda pod prysznicem. Słyszał o niej każdy, nikt jej nie widział (to trochę tak, jak z potworem z Loch Ness). Ciekawą formą rywalizacji były też próby naładowania baterii w telefonie, lub akumulatora w aparacie. Próby nie zawsze udane. Wszystko to jednak tworzyło fantastyczny klimat, którego nie sposób zapomnieć. Każdego ranka dobiegał nas również cudowny zapach świeżego chleba. Wszystko dlatego, że na samym środku pola znajdowała się piekarnia. Można było tam dostać nie tylko chleb, ale i kawałek pizzy, bądź bułki nadziewane serem lub mięsem. Czasami nawet za darmo. Te ekstremalne przykłady dobroci miały miejsce już jednak pod koniec naszego pobytu w Chorwacji. Prawdopodobnie po naszym wyglądzie, a może i po desperacji w oczach, można wywnioskować było jak bardzo brakuje nam jedzenia.

ZATOKA UMARŁYCH HOTELI

Powszechny widok w Kupari

Powszechny widok w Kupari

Plaża znajdowała się dosłownie kilkaset metrów od naszego obozowiska. Oprócz plaży była również zatoka umarłych hoteli (używam takiej, a nie innej nazwy, ponieważ funkcjonuje ona już sobie w polskim Internecie).  Sama zatoka to miejsce niezwykle klimatyczne, które w momencie przyprawia o gęsią skórkę. Szczególnie nocą. Swego czasu znajdował się tam ekskluzywny kompleks wypoczynkowy składający się z sześciu hoteli, wybudowanych kosztem miliarda dolarów na potrzeby oficerów Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, ich rodzin i najwyższych jugosłowiańskich oficjeli. Dawny przepych odszedł jednak w niepamięć i jedyne co pozostało to ziejąca pustką nicość. Obecnie ośrodek jest tylko ponurym pomnikiem wojny, nadgryzionym mocno przez ząb czasu. 

Wnętrze jednego z hoteli. Całość można by zwiedzać na prawdę długo.

Wnętrze jednego z hoteli. Całość można by zwiedzać naprawdę długo.

Cała podróż autostopem była niezapomnianą przygodą i jeszcze długo, bardzo długo, wracać będę wspomnieniami do chwil spędzonych na trasie. Było to w pewnym stopniu bardzo wyzwalające przeżycie, które poszerzyło niewątpliwie moje dotychczasowe horyzonty. Wiecie co było najlepszym elementem tego wyścigu? Ludzie. Gdyby nie oni, ich bezinteresowna pomoc, nie byłoby tej przygody.

Tak więc swoje pierwsze kilometry wrzucam do koszyka. Na razie tylko 1700, ale coś czuję, że to dopiero początek.

Teraz już tylko czekać na kolejną edycję.

Teraz już tylko czekać na kolejną edycję.

* zdjęcia opuszczonych hoteli: Damian Rudziński

Stopem do Chorwacji: Jeden dzień w Bośni i Hercegowinie (dzień 4)

Urokliwe miejsce w Zenicy. W pobliżu znajduje się stacja ALMY.

Czwartego dnia naszego autostopowego tripa obudziliśmy się na wielkim parkingu nieopodal ogromnej huty stali w Zenicy. Z jednej strony typowy dla Bośni górzysty krajobraz, z drugiej przemysłowe kominy i gęsty, ciemny dym. My natomiast gdzieś pomiędzy tym wszystkim, zaspani i mokrzy od rosy… asfaltowej? Przez pierwsze dziesięć minut od przebudzenia zastanawiałem się, jakim cudem nikt nas jeszcze nie okradł. Położyć się koło głównej  drogi w śpiworze i zasnąć snem twardym na kilka godzin. Nic tylko winszować, gratulować. Na szczęście nasze plecaki, mimo iż porozrzucane dookoła, przetrwały do rana w nienaruszonym stanie. Jak widać człowiek zmęczony i strudzony ma wszystko gdzieś. W moim przypadku było jeszcze tak, że zasnąłem nim zdążyłem w ogóle  pomyśleć o rozłożeniu karimaty, która oddzielałaby ewentualnie mój śpiwór od parkingowej nawierzchni. Tak jak już pisałem, zmęczenie!

Było nas czworo. Klaudia, ja oraz zakręcony team 486: Michał i Wojtek. Poznaliśmy się wczorajszej nocy w kabinie samochodu dostawczego, którego cechą charakterystyczną był jeszcze bardziej charakterystyczny kierowca. Wbrew zapewnieniom tego pana, samochody nie zatrzymywały się tutaj zbyt chętnie. W sumie to dla nas nie zatrzymał się ani jeden. Dla chłopaków z resztą też. Jedyną istotą która zdawała się nas zauważać był pies rasy: lokalny przybłęda. W krótkim czasie pozbawił mnie on mięsnej części moich zapasów, ale z drugiej strony, to właśnie to stworzenie pomogło mi wygrać tableta w konkursie fotograficznym, stając się bezapelacyjną gwiazdą kilkuset facebookowych ścianek, na okres około jednego tygodnia…

Poznajecie?

Poznajecie?

W Zenicy spędziliśmy zatem cały wtorkowy poranek zajadając się przy tym Pringlesami i innym śmieciowym żarciem z pobliskiej stacji, które tym razem, tak dla odmiany, kupiliśmy sobie sami. Tak naprawdę, to właśnie tutaj po raz ostatni mieliśmy większy problem ze złapaniem okazji. Mimo, iż staliśmy przy głównej drodze, nikt nie zatrzymywał się na hasło:  ”Sarajevo”. Czyżby  przed nami znajdował się jakiś zjazd na centrum? W każdym bądź razie po kilku godzinach na stację wjechał samochód dostawczy z wielkim napisem „DTS Sped  d.o.o. Sarajevo”, którego początkowo nie zauważyłem. Michał z Wojtkiem wykorzystali więc podwójną okazję i odnaleźli sposób na wydostanie się z tej martwej strefy. Próbowałem jeszcze przez chwilę pertraktować z kierowcą o dodatkowe miejsca dla mnie i dla Klaudii. Koleś pozostał jednak nieugięty. Eh… trudno. W takim razie jeszcze tylko pamiątkowa fota na koniec i zostajemy znowu sami. No i jeszcze pies!

Pozdro dla Was chłopaki ;-)

Pozdro dla Was chłopaki 😉

Pod wpływem ostatnich wydarzeń stwierdziłem, że czas najwyższy złapać już tego stopa i gonić chłopaków. Coś musiało się chyba zmienić w naszej ekspresji, bo po dwudziestu minutach faktycznie jechaliśmy już na południe. Pamiętam że mknąc przez autostradę podziwiałem otaczające nas wzniesienia, jak i cały krajobraz, który zdominowany był przez różne odcienie zieleni. Przynajmniej tutaj, roślinność jest jeszcze integralną częścią tego wszystkiego. Później zaczną się już nagie skały.

Wysiedliśmy praktycznie od razu przy wyjeździe z autostrady. Przeszliśmy przez wiadukt i udaliśmy się w stronę, w którą należało się udać, by wjechać na obrzeża Sarajewa, a potem jeszcze odbić na Mostar. Stanęliśmy więc w zatoczce autobusowej, zaraz za niewielkim rondem – miejsce naprawdę dobre do łapania stopa. Jakie było nasze zdziwienie, gdy po raz kolejny okazało się, że kierowca, którego udało nam się zatrzymać, wiózł już dwóch ASR-owców. Zgadnijcie kogo? Dokładnie! Team 486, czyli powtórka z rozrywki. Kierowca z którym przyszło nam przejechać przez muzułmańskie i chińskie dzielnice Sarajewa był bez wątpienia osobą ciekawą. Po pierwsze, zachwycony Klaudią nie mógł zrozumieć tego,  że żaden z nas nie jest jej chłopakiem, mężem, lub chociaż bratem. Po drugie, obdarował całą naszą czwórkę płytami z muzycznymi hitami bośniackiego wokalisty numer jeden – Dino Merlina . Po trzecie, zapytał wprost Michała i Wojtka czy nie są aby przypadkiem niemieckimi gejami – w sumie ciekawy stereotyp niemieckiego turysty. Po czwarte, no i właśnie. Tutaj warto zatrzymać się na dłużej. Sarajewo to jeden wielki, kulturowy miszmasz. Ludzie żyją tu obok  siebie, ale czy po tym wszystkim, co miało tu miejsce na przestrzeni lat, żyją ze sobą w zgodzie? Nasz kierowca kiedy tylko może łapie się prześmiewczo  za głowę na widok muzułmanów, po czym przykłada palec wskazujący do ust, jak gdyby chciał nas zobowiązać do zachowania tego co mówi i robi w tajemnicy. W pewnym momencie na widok przebiegających obok kobiet w nikabach wybucha śmiechem: „Ninja, ninja! Muhamediny!”,  a potem dodaje jeszcze : „Ninja, kurwa”.

Rozstaliśmy się zaraz przed zjazdem na Mostar. Była to albo droga ekspresowa, albo autostrada. W każdym bądź razie samochody jeździły bardzo szybko. Tradycyjnie zaczęliśmy iść przed siebie, byleby znaleźć jakąś stację. Po drodze spotkaliśmy kolejnych ASR-owców, którzy prezentowali nieco inne podejście. Oni po prostu czekali na szczęście. My z kolei woleliśmy mu trochę dopomóc. Wysiłki nie poszły na marne. Po dojściu na stację paliw, udało mi się w minutę przekonać do siebie młode małżeństwo i poprosić o podwózkę w kierunku Mostaru. W tym miejscu pożegnaliśmy się z Michałem i Wojtkiem i ruszyliśmy przed siebie. Para, która zdecydowała nam się pomóc,  jechała właśnie po swoje dzieci do chorwackiego miasta Omiš. Miejsca malowniczo położonego zaraz nad Adriatykiem i przy ujściu rzeki Cetiny, która przy okazji tworzy jeszcze kanion u podnóża skalistego masywu Mosor. Do tej pory pamiętam jak wielkie wrażenie wywarł na mnie ten widok (a przecież od mojej ostatniej wizyty w Omisiu minęło już dobre kilka lat). Podczas tej przejażdżki przyszło nam jednak zmierzyć się  z widokami wprawiającymi w nieporównywalnie większe osłupienie. Jeżeli kiedykolwiek przyjdzie Wam jechać drogą z Sarajewa do Mostaru, zapewniam, że nie oderwiecie nosa od szyby. Będziecie niczym ten glonojad, co przyczepił się do przedniej ścianki akwarium. Niesamowita rzeźba terenu, ogromne i majestatyczne skały, rwąca rzeka barwy turkusowej… nawet nie próbuję opisywać tego dalej. Nie dysponuję chyba takim zasobem słownictwa, by używając kilku zdań, namalować ten widok w Waszej wyobraźni. Podczas tej niezapomnianej przejażdżki (oczywiście padła mi już komórka oraz aparat) zostaliśmy również nieco dokarmieni. Od pewnego momentu postanowiłem nie odmawiać już, gdy proponuje nam się coś do jedzenia. Niekiedy takim zachowaniem możemy wręcz kogoś urazić, albo na przykład spowolnić proces integracji. Tak, tak, oczywiście w ten sposób usprawiedliwiam swój brak wstydu, łakomstwo, obżarstwo i inne przywary 🙂  Po obiedzie, który składał się z dwóch dań: pierwsze – orzechowe chrupki, drugie – banan, dojechaliśmy do Mostaru. Nasi nowi przyjaciele zaproponowali nam, że podrzucą nas zaraz pod samo stare miasto. Razem z Klaudią postanowiliśmy bowiem, że dopóki nie zameldujemy się na słynnym, starym moście, dopóty nie pojedziemy dalej. Tak więc po raz pierwszy od kilku dni przerzuciliśmy się na z trybu ‘miejski survival’ na tryb ‘turysta po przejściach’. Spośród prawdziwych tłumów, najliczniejsi byli oczywiście wszędobylscy Polacy. Przez chwilę czuliśmy się nawet, jak gdybyśmy nigdy nie opuścili kraju.

Tymczasem w Europie

Tymczasem w Europie

 Mimo iż znajdujemy się już naprawdę blisko chorwackich kurortów, będąc w Mostarze zanurzamy się w świecie zgoła odmiennym. Orientalny bazar pełen kolorowych ozdób, rzucające się w oczy minarety czy kopuły meczetów idealnie wkomponowanych w malowniczy krajobraz, wszystko to sprawia, że przez chwilę stajemy się częścią baśniowej krainy orientu. Spacerując wąskimi uliczkami, co chwilę wpadamy również na świadectwa niedawnej historii. Są nimi wszechobecne ruiny. Te zniszczone budynki wciąż krzyczą o dawnych okropnościach, tyle że robią to już ciszej. Gwar ulicy powoli zdaje się je zagłuszać, a i sama matka natura zamiata cały gruz pod swój zielony dywan.

W Mostarze pełno jest takich miejsc

W Mostarze pełno jest takich miejsc

Stary most który przez kilkaset lat wznosił się dumnie nad turkusowymi wodami Neretwy zburzony został w bratobójczych walkach w latach 90 ubiegłego wieku. Niestety nie wytrzymał on ostrzału chorwackich czołgów. Jednak wraz z biegiem czasu i przywróceniem względnego pokoju, odbudowano także i zabytkowy most. Zrobiono to z dokładnie tych samych kamieni, które wydobyto wcześniej z Neretwy

Baśniowa kraina orientu

Baśniowa kraina orientu

Samo miasto nie jest duże, więc jeszcze tego samego dnia zdecydowaliśmy się na próbę dotarcia do mety w Kupari. Aby powrócić na drogę w kierunku przejścia granicznego, musieliśmy odrobinę się napracować i wspiąć nieco pod górkę. Po półgodzinnym marszu doszliśmy na najbliższą stację, skąd udało nam się złapać stopa do miejscowości Čapljina. Kierowcą okazał się młody Turek, fantastyczny człowiek, który od kilku lat mieszka i pracuje w Hercegowinie.

Stacja paliw w Mostarze, na trasie w kierunku przejścia w Metković

Stacja paliw w Mostarze, na trasie w kierunku przejścia w Metković

Nieubłaganie zbliżała się już noc, a my za wszelką cenę nie chcieliśmy rozkładać namiotu w przydrożnych zaroślach. Naszym planem minimum było dotarcie do przejścia granicznego w Metković. Postanowiliśmy, że będziemy więc stać i machać czym popadnie, do skutku. Ewentualnie przejdziemy te kilkanaście kilometrów pieszo, tak też już robiliśmy. Na szczęście w mroku wypatrzył nas jeszcze jeden kierowca i spełnił nasze życzenie. Po dniu pełnym wrażeń, ponownie znaleźliśmy się w Chorwacji. W pobliżu przejścia znajduje się mała stacja paliw, na której zaopatrzyłem się w Red Bulla oraz tekturowy karton, z którego wycięliśmy potem kilka tabliczek. Powoli kończyły nam się markery, trzeba więc było używać ich racjonalnie. Podczas gdy my tworzyliśmy napisy Opuzen oraz Neum, na parking podjechała młoda dziewczyna. Okazało się że wraca właśnie do Neum, ale jako fanka amerykańskiego kina grozy, na świeżo po seansie filmu ”Autostopowicz” z Seanem Beanem w roli głównej, miała pewne obawy odnośnie naszej dwójki. Używając więc języka perswazji, tłumaczyłem, że nie jesteśmy czyhającą w mroku zgraną parą morderców. My po prostu ścigamy się po Europie, a jutro mamy imprezę w Kupari. Po krótkim namyśle postanowiła zaryzykować. Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, drzwi zablokowały się automatycznie. Teraz to ja poczułem się jak potencjalna ofiara i mimowolnie wymieniłem szybkie spojrzenie z Ivaną (bo tak właśnie miała na imię). Popatrzyliśmy sobie przez chwilę w oczy, po czym wybuchliśmy gromkim śmiechem. Atmosfera szybko się rozluźniła i mogliśmy jechać dalej. Nawet nie spostrzegłem kiedy przejechaliśmy przez ten krótki fragment Chorwacji i znowu wjeżdżaliśmy na  jeszcze krótszy teren Bośni i Hercegowiny. Powoli dobiegał końca czwarty dzień wyścigów, tak więc zdecydowana większość zespołów była już na miejscu. Przypominam, że na starcie było nas przeszło tysiąc! Gdy na przejściu granicznym pokazałem swój dowód osobisty, celnik wymamrotał coś pod nosem i przepuścił nas dalej.

Co on powiedział?Zapytałem Ivany.

– „Mój Boże, znowu Polacy! Czy ktoś jeszcze został w Polsce?

No tak, to musi robić wrażenie. Kuriozalnie wyglądało to już we Wrocławiu i jeszcze ciekawiej musi prezentować się to tutaj, na Magistrali Adriatyckiej.

Po chwili spostrzegliśmy na poboczu chłopaka, machającego olbrzymim kartonem, na którym można było przeczytać: „SEX, DRUGS & DUBRO!”. To właśnie tutaj Ivana zdecydowała się z nami pożegnać. Bardzo szybko zintegrowaliśmy się z nowym kolegą oraz jego partnerką. Oni również jechali do Kupari, tyle że wyruszyli poza wyścigiem. Kilka minut później postanowiliśmy urządzić sobie mały piknik na pobliskiej stacji. Naszym głównym pokarmem było to co jeszcze nam zostało, czyli moje kabanosy popijane rakiją, którą nasi nowi znajomi zakupili od lokalsów. Nie dało się tego zbytnio przełknąć, więc ograniczyłem się do wody mineralnej. Mimo, iż nie imprezowaliśmy w sposób ostentacyjny, zostaliśmy poproszeni o opuszczenie terenu stacji. Nie za bardzo mieliśmy się też gdzie podziać, więc ubrani w odblaskowe kamizelki ruszyliśmy gęsiego przed siebie. Był to bardzo głupi pomysł  i stanowczo nie polecam robić takich rzeczy. Magistrala Adriatycka to wyjątkowo wąska droga, bez żadnego pobocza, a  w nocy dodatkowo nieoświetlona. Przeszliśmy tak blisko dwa kilometry, po czym wylądowaliśmy na kolejnej stacji, gdzie rozłożyliśmy swoje śpiwory i po kilku minutach wpatrywania się w gwiaździste niebo odpłynęliśmy do krainy snów.

Dzięki Bogu zrezygnowano z barwy czerwonej...

Dzięki Bogu zrezygnowano z barwy czerwonej…

Stopem do Chorwacji: Lody na patyku, gang grabarzy i piraci… drogowi (dzień 3)

Trzeciego dnia naszego stopowania obudziliśmy się w namiocie rozbitym obok węgierskiego Tesco. Pierwszy raz od kilku dni naprawdę czułem się wyspany i pełen energii. Wczorajszy dzień przyniósł nam wiele radości i zdecydowanie podniósł nas na duchu. Wciąż jednak pozostawaliśmy w tyle. Biorąc pod uwagę zaplanowaną trasę i to że mimo wszystko nie osiągnęliśmy jeszcze pułapu Chorwacji, trzeba było jak najszybciej ruszać w drogę.

Piechotą na przejście graniczne 'Udvar'

Piechotą na przejście graniczne ‚Udvar’

Zaczęło się pomyślnie:

„Przed 8 wyjechaliśmy już z Piczy (naprawdę czyta się to właśnie w ten sposób – to dosyć istotne) Zabrał nas organista kościelny! Teraz idziemy pieszo w stronę przejścia granicznego. Chorwacjo, team 259 nadchodzi!”

Kilka godzin później…

„Jesteśmy w Chorwacji, ale co z tego? Utknęliśmy na cholernej stacji zaraz przy granicy!”

Na przejściu granicznym po raz pierwszy musieliśmy okazać jakiś dokument tożsamości. Ani ja, ani Klaudia nie mieliśmy ze sobą paszportów (mój w owym czasie był na wakacjach w konsulacie rosyjskim), musieliśmy więc ratować się dowodami osobistymi. Wszystko przebiegło bezproblemowo, a przy okazji wzbudziliśmy niemałą ciekawość wśród celników. Raczej powątpiewali w to że uda nam się dojechać do Sarajewa, o Dubrowniku już nie wspominając. Żeby zrobić im na złość, w kilkanaście minut złapaliśmy transport w kierunku Osijeku. Dwóch facetów wysadziło nas na stacji z rodziny tych „na pewno zaraz coś tutaj złapiecie”. No… poczekaliśmy tutaj z dwie godzinki, a słońce grzało niemiłosiernie. Tak jak w Cieszynie brakowało mi długich spodni, tak tutaj brakowało mi czapki, kapelusza, whatever. Stojąc w największym upale i machając energicznie kartonikiem, przeklinałem samego siebie. Dosyć szybko dopadł mnie ból głowy (początkowe stadium udaru słonecznego?), postanowiłem więc dać sobie spokój i trochę odpocząć. W pewnym momencie, jak znikąd, na stacji pojawiła się para Polaków jadących do Sarajewa. W jednej chwili miliony endorfin eksplodowało w mojej głowie. Niepotrzebnie. Okazało się że w samochodzie nie było już miejsca, a może po prostu nie chcieli nas zabrać? Oczywiście mają do tego prawo. Zawsze trzeba się z tym liczyć. Ale jak to bolało! 😀

Jakiś czas później trafiliśmy na fantastycznego kierowcę, który nie tylko zabrał nas do Osijeku, ale również zaproponował zimne piwo w centrum handlowym. Wskażcie mi palcem kogoś, kto w tej sytuacji  by odmówił 😀  Bardzo szybko okazało się że brak snu + lekki udar słoneczny + zimne piwo = spowolnienie procesów myślowych w stopniu bardzo zaawansowanym. Poraziło mnie konkretnie! Nie przeszkadzało to jednak w złapaniu kilku okazji.

I tak na przykład po raz pierwszy przyszło nam jechać z przedstawicielką płci pięknej. Młoda Chorwatka oprócz podwózki do Dakova, zaproponowała nam również karton wypasionych lodów na patyku oraz tyle samo kubków z jogurtem naturalnym. Stop nauczył mnie wielu rzeczy i prawd ogólnych. Jedna z nich brzmi: „Nigdy nie odmawiaj jedzenia”. Wzięliśmy więc tyle, ile na dany moment mogliśmy zjeść. W tamtej chwili świat wyglądał wspaniale. Chorwackie słońce, nieograniczone poczucie wolności, zero problemów, zapas lodów na najbliższe kilkadziesiąt minut i niecałe 40 km do bośniackiej granicy. Naprawdę nie zapowiadało się na kolejny kryzys. Niestety jednak przyszło nam tam czekać bardzo długo. Dobre nastroje po chwili przeobraziły się w te gorsze. Dodatkowo przyszła chwila zwątpienia i mały konflikt w drużynie. Samochody bardzo rzadko zjeżdżały na stację, poza tym nikt nie jechał w kierunku Bośni. Stagnacja, stagnacja i jeszcze raz stagnacja. Po raz kolejny udzielona nam została lekcja pokory. Po naprawdę długim czasie oczekiwania pewna kobieta postanowiła nam tak po prostu pomóc i zabrać na kolejną stację. Powiedziała, że widziała nas w tym miejscu już 5 godzin wcześniej i nie mogła przestać o nas myśleć 🙂 Nie wiem jak potoczyłaby się dalej nasza przygoda, gdyby nie ta bezinteresowna pomoc.

Nie za bardzo wiedzieliśmy na jaką miejscowość łapać stopa, więc machaliśmy po prostu tekturowym Sarajewem. Tak daleki cel podróży zdawał się szokować co niektórych kierowców. Jedna pani ze zdziwienia uderzyła prawie szczęką w szybę. Ludzie którzy ostatecznie zabrali nas z Dakova byli chyba najdziwniejszymi osobami z jakimi przyszło nam jechać. Ani oni nas nie rozumieli, ani my ich. Nie wiem nawet jaki był to język. Nigdy czegoś takiego nie słyszałem. W samochodzie unosił się gęsty nikotynowy dym, który wręcz wypalał nam spojówki. W bagażniku przetaczały się jakieś drewniane krzyże i łopaty, a my nie jechaliśmy ani lewym, ani prawym pasem autostrady. Jechaliśmy centralnie jej środkiem. Jestem prawie pewien, że naszym kierowcą był pijany grabarz i jego kolega. Na szczęście dojechaliśmy jakoś w jednym kawałku do miejscowości Slavonski Brod, gdzie przekroczyliśmy granicę. Mieliśmy jednak co do tego pewne obawy. Mimo iż według MSZ nie ma potrzeby okazywania paszportu przy wjeździe do Bośni i Hercegowiny, życie rządzi się swoimi prawami i nigdy nic nie wiadomo. Po raz kolejny jednak wszystko poszło po naszej myśli i późnym wieczorem znaleźliśmy się na terenie… Republiki Serbskiej.

Republika Serbska

Republika Serbska

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że jest to jedna z dwóch części składowych Bośni i Hercegowiny (oprócz Federacji Bośni i Hercegowiny). Co prawda wiedziałem, że w tym kraju zamieszkuje wiele Serbów, nie spodziewałem się jednak państwa w państwie i przez chwilę byłem lekko zdezorientowany. W odległości kilkuset metrów w linii prostej od przejścia, znajduje się stacja benzynowa (bardzo dobra miejscówka), gdzie dosyć szybko i niespodziewanie złapaliśmy kolejny transport. Ponownie trafiliśmy na piratów drogowych. Tym razem skończyło się to interwencją policji. Nasi sympatyczni i bogaci(?) towarzysze zapłacili mandacik, wzruszyli tylko ramionami i ruszyli z piskiem opon. Nasze drogi rozeszły się niestety w Doboju. Naszym celem pozostawało Sarajewo, ich natomiast Banja Luka.

„Jakimś cudem dotarliśmy wreszcie do Bośni. Tradycyjnie zaczęliśmy nadrabiać straty łapiąc nocne okazje 😛 Przy okazji złapała nas też policja i wystawiła mandat za przekroczenie prędkości. Na szczęście nam jako teamowi taki mandat nie grozi. Ciągniemy się jak smród po gaciach.”

Było już dosyć późno, gdzieś po północy. Normalni ludzie daliby sobie już spokój, ale my postanowiliśmy jechać dalej i pomimo egipskich ciemności udało nam się zatrzymać w końcu białego dostawczaka. Po chwili otworzyły się drzwi od kabiny i naszym oczom ukazało się dwoje ASR-owców. Na początku pomyślałem, że tutaj wysiadają; potem pomyślałem, że chcą nas po prostu wkurzyć. Tymczasem okazało się, że chłopaki ostro już przysypiali i kierowca postanowił dodatkowo zaopatrzyć się w bardziej przytomne towarzystwo. Osobiście starałem się jak najdłużej zachować przytomność  umysłu. Pomocny okazał się świński odór dochodzący z paki. Po chwili jednak całą czwórką drzemaliśmy w najlepsze. Byliśmy ściśnięci do granic możliwości, ale widocznie nikomu to nie przeszkadzało. Co jakiś czas dobiegało nas tylko gromkie ‘FUCK!!!’ naszego kierowcy, kiedy to znajdowaliśmy się w blasku fleszy przydrożnych fotoradarów. Czy naprawdę w tej części Europy nikt nie respektuje przepisów ruchu drogowego? Zanim przyjechaliśmy do BIH czytałem mnóstwo opinii, jakoby kierowcy jeździli 40-50km/h. Owszem, przepisy są, ale… 😀

Bardzo późną porą dojechaliśmy do Zenicy, gdzie po prostu położyliśmy się na parkingu i zasnęliśmy w trybie ekspresowym.  Czy uda nam się już jutro dojechać do Kupari? Do mety zostało zdecydowanie mniej niż 300 km!

Chillout w Zenicy

Chillout w Zenicy

Stopem do Chorwacji: Od zera do bohatera (dzień 2)

Namawiają się :-)Nie do końca wiem jak nazwać budynek znajdujący się na dawnym przejściu granicznym w Cieszynie–Boguszowicach. Mieści się tam parę kantorów, restauracja, kilka sklepików, generalnie dużo się dzieje i raczej przez całą dobę. To właśnie tam zdecydowaliśmy się spędzić naszą pierwszą noc. Po pierwsze – nie chciało nam się rozkładać namiotów, a po drugie – na zewnątrz robiło się coraz chłodniej. Oczywiście próbowaliśmy jeszcze złapać coś jadącego w stronę Żyliny.  Sukcesu jednak nie odnotowano. Tymczasem z godziny na godzinę ubywało kierowców, przybywało natomiast autostopowiczów. Ludzie nam podobni gromadzili się powoli na pobliskich ławkach zostawiając całe to łapanie samochodów na dzień jutrzejszy. Gdzieś późnym wieczorem było nam dane jeszcze po raz pierwszy spotkać  się z uczestnikami Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych. Ta chwila sprzyjała wszelkim skłonnościom depresyjnym. Ludzie z MMA startują przecież z Trójmiasta! Celem ich wyścigu był Budapeszt. Tak więc para 066, która zawitała do nas na krótką chwilę (mały postój)  miała już większość trasy za sobą. Czynnikiem najbardziej demotywującym był fakt, że ludzie którzy ich zabrali ze sobą, jechali prosto na Chorwację. Dobra, ale nie będziemy już marudzić, idziemy w kimę!

Noc pierwsza

„Idziemy spać. Obecnie znajdujemy się w 4osobowym stadzie przegranych dnia dzisiejszego. Mamy już miejsce na nocleg. Pozdro z podziemnych magazynów przygranicznego zajazdu. Branoc.”

Razem z dwójką nowych znajomych jadących do Verony znaleźliśmy ustronny kąt w piwnicy/magazynie, gdzie legliśmy na naszych śpiworach. Pomimo całkiem komfortowych warunków (i nie ma tu naprawdę żadnej ironii) (i tutaj też) nie byłem w stanie zmrużyć  oka na jakoś dłużej. Z nudów i braku lepszego zajęcia o godzinie 4 rano zainicjowałem powolne rozbudzanie się. Tak więc gdzieś 60 minut później byliśmy już gotowi by pełni entuzjazmu i energii, z uśmiechami na twarzy, wkroczyć  pewnie na teren przygranicznego parkingu, wierząc że tym razem musi się udać. Przywitał nas jednak dżdżysty deszcz, chłód, smród i ubóstwo. Z tymi dwoma ostatnimi to już pojechałem po bandzie, ale naprawdę nasze morale momentalnie spadły. Brakowało jednej trzeciej tirów, z których kierowcami umawialiśmy się dzień wcześniej. Jakim w ogóle cudem? Było naprawdę zimno i tak jakoś szaro. Pętając się tam i z powrotem próbowaliśmy coś zatrzymać – jedyne wyjście z tej smutnej sytuacji. Po pewnym czasie okazało się że nasi towarzysze złapali transport do Brna. Znów poczuliśmy się na szarym końcu. No ale good for them!  My i tak do Brna nie mamy zamiaru jechać. Naszym celem jest Żylina (Ania z Bartkiem są tam już od wczoraj!). Deszcz dalej sobie padał, moje schodzone buty zaczynały już przemakać. Tak jak nasze kartki z bloku A3 (nie mieliśmy kartonów). Dookoła coraz więcej uczestników MMA. Niebieskich koszulek nie mogliśmy już zlokalizować. W pewnym momencie dostrzegliśmy  jednak jeszcze jedną parę – Janka i Asię, którzy ewidentnie wracali się pieszo do Polski.

– Co robicie?

– Idziemy w górę, na stację. Tutaj ciężko będzie coś złapać, a na dole jest jeszcze gorzej. Stoi tam kilkanaście par i panuje chaos.

Ta decyzja wydała nam się dobrze uzasadniona, a może po prostu potrzebowaliśmy zmienić otoczenie. W każdym bądź razie od razu podłapaliśmy ich taktykę i potem już razem w czwórkę szorowaliśmy  z buta dwa kilometry drogą ekspresową . Początkowo myślałem że wracamy na naszą ulubioną stację z dnia wczorajszego… okazało się jednak że jest coś jeszcze bliżej. Spędziliśmy tam godzinkę, może dwie. Na początku zjedliśmy z nudów jakieś śniadanie, potem też z nudów zaczęliśmy robić sobie zdjęcia, a potem Janek kupił szampana… który od razu przyniósł im szczęście w postaci transportu do Wiednia.

– Jak chcecie coś złapać to kupcie sobie szampana. Otworzycie go na mecie!

Gdybym tak kupować miał szampana, za każdym razem kiedy tylko przeżywaliśmy te gorsze momenty, należałoby wygospodarować środki finansowe na więcej takich butelek.

„Cieszyn cieszy bez końca… Chyba mamy poważny kryzys. Czekamy na jakieś słowa otuchy :P”

No więc opuszczała nas kolejna para. Powoli więc zaczynaliśmy być zdesperowani. Może zadzwonimy do znajomych znajomego znajomej, którzy jadą dzisiaj na Chorwację. Może nas podwiozą? Na szczęście jednak pomysł ten umarł śmiercią naturalną w momencie kiedy zatrzymał się na stacji pewien samochód dostawczy.

– Jedzie pan na Słowację? Do Żyliny na przykład?

– Niestety nie.

Szybka porozumiewawcza wymiana spojrzeń z Klaudią.

– A gdziekolwiek indziej? Niech nas pan po prostu stąd zabierze. Byle dalej. Błagamy!Nasz kierowca miał tego sporo :D

Dziwny budynek w Brnie

„Mój Boże, mój Boże, jedziemy do Brna a niebo płacze ze szczęścia. Nadzieja reaktywacja.”

Wyjechaliśmy więc z tego przeklętego miejsca. Chciałoby się napisać że z piekła… ale to był dopiero jego przedsionek. Dla wielu par to właśnie Brno okazało się miejscem wszelkiej męki, katorgi i udręki. Czeska klątwa dosięgła również i nas, a jak! Mimo wszystko był to chyba jeden z tych najlepszych momentów podczas całej naszej podróży.  Zanim jednak dojedziemy na pewną złą stację benzynową na pewnej złej autostradzie, zwróćmy uwagę na te śmieszne karteczki. Tak, to są czeskie mandaty 😛

A więc gdy przejechaliśmy już zjazd na Bratysławę, stało się jasne, że najbliższe kilka godzin spędzimy próbując ten błąd naprawić. Wylądowaliśmy na jakiejś stacji, gdzie od razu przywitał nas pewien jegomość w pomarańczowej koszulce – Piotrek. Okazało się, że razem z Agą – dziewczyną która mu towarzyszyła – planują oni swoistą eskapadę, której celem było przejście na autostradę w kierunku nas satysfakcjonującym.W drodze do Bratysławy

„Przedzieramy się właśnie przez ogrodzenia z drutu kolczastego, nieprzebytą czeską dżunglę, lokalny ściek i tory kolejowe. Szukamy zjazdu na Bratysławę. A wszystko to z Agą i Piotrkiem co jadą do Macedonii.”

Wymagało to dużo poświęcenia. Dzięki Piotrek ;-)

Korzystając więc z zakupionej wcześniej mapy Brna, ruszyliśmy przed siebie. Po drodze musieliśmy poradzić sobie z naprawdę wieloma przeciwnościami losu. Nie raz trzeba było przedzierać się przez ogrodzenia z drutu kolczastego i inne nietypowe przeszkody. W końcu jednak doszliśmy na pewną obiecującą stację. Razem z Klaudią złapaliśmy tam kierowcę, który zaoferował że zawiezie nas w lepsze miejsce do łapania stopa w kierunku słowackim. A że chcieliśmy bardzo odwdzięczyć się jakoś Adze i Piotrkowi za te niezapomniane przygody, wynegocjowaliśmy jeszcze dwa dodatkowe miejsca.

Czworo nas z tyłu było :DOkazało się że ten uczynny Czech wywiózł nas tam gdzie obiecał… na zjazd na Bratysławę. Ok, jesteśmy  więc przynajmniej przy tej dobrej autostradzie, teraz musimy jeszcze wymyślić coś żeby się z niej wydostać i nie dostać mandatu. I tak zaczął się kolejny tego dnia długi spacer. Niewątpliwie odwdzięczyliśmy się pięknym za nadobne i zapewniliśmy naszym nowym znajomym kolejne wspaniałe przygody. Pocieszającym był fakt, że wiedzieliśmy iż kilka kilometrów przed nami znajduje się ogromne centrum handlowe. Czego nie wiedzieliśmy to to, że oddziela nas od niego koryto rzeczne z wyspą na środku, oraz rolkowo-rowerowa obwodnica. Generalnie spędziliśmy w Brnie prawie cały dzień. Tempo zabójcze, nie ma co 😀

Łapiąc stopa w Brnie

„Wybrnęliśmy z Brna. Nie narzekajcie, nam się podobało! Jedim na Bratislave, cały czas z Agą i Piotrkiem, Cóż za stado, cóż za symbioza. Chyba pojedziemy do Macedonii, hehe  ;-)”

Gdy już wycieńczeni dowlekliśmy się do ów centrum handlowego, dosyć szybko złapaliśmy kolejnego stopa dla czterech osób. Kierunek Bratysława. Tym razem więc zapowiadała się już na szczęście dłuższa  podróż. Na miejscu wylądowaliśmy przed godziną 19. Stolica Słowacji przywitała nas wspaniałą pogodą, pięknymi widokami na rozciągające się bez końca żółte pola rzepaku oraz… 30 innymi autostopowiczami czekającymi na tej samej stacji co my. Według mojej zaprzyjaźnionej korespondentki  – Agaty – będącej zawsze o kilka kroków przed nami, stacja ta cieszyła się dosyć dużą przepustowością „Za Bratysławą jest fajna stacja, duża rotacja autostopowiczów…  …My już w drodze, każdy nam mówi że Serbia to zły pomysł i mamy uważać.” Jak widać niektórym nie wystarczała podróż przez mainstreamową Bośnię i Hercegowinę 😉

Wracając jednak do tej stacji to faktycznie po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnęło się do nas szczęście. Szczęście rozmiarów kolosalnych. Po dosłownie dwudziestu minutach zaczepił mnie pewien mężczyzna, który jak się okazało, był kierowcą pustego autokaru jadącego do Budapesztu.

– I can take 51 of you guys. Do you want to come?

– Że co proszę?

„Jedziemy do Budapesztu!!! Złapaliśmy pusty autokar dla nas i dla 30 innych osób z różnych wyścigów!!! My, team 259!!! 😀 ”

W sumie to nie ja złapałem tego legendarnego stopa… on złapał się sam 😀  Tak czy owak zostałem jednak lokalnym bohaterem. Po wielu trudnych momentach takie coś potrafi uskrzydlić na kolejne dni tułaczki.  Z transportu skorzystało w sumie 17 zespołów. Jedni tak jak my jechali do Dubrownika, inni tak jak Piotrek i Aga (znów jedziemy razem) do Macedonii, a ci którzy zaczęli w Trójmieście zmierzali już teraz na metę.

qqqqGdzieś koło 22 dojechaliśmy do stacji na której zakończyliśmy ten spektakularny etap naszej podróży. Trzeba było wrócić już na ziemię. Widząc kilkanaście zaparkowanych tirów postanowiliśmy przejść od razu do ofensywy. Większość kierowców uderzała jednak na Szeged, czyli kierunek który raczej nas nie zadowalał, jako że my trochę uparci, nie szliśmy już na żadne kompromisy jeśli chodzi o zmianę trasy. Dalej więc szukaliśmy kogoś kto dowiezie nas na autostradę M6. Zadanie w pewnym sensie niewykonalne, szczególnie że pomału zbliżała się już północ. Sprawa wyglądała następująco:

a)      Po pierwsze według pracowników stacji wszystkie obecne tu auta zjeżdżają do centrum miasta. Nikomu w głowie M6 i inne ekscesy.

b)      Po drugie, według anglojęzycznych autostopowiczów, M6 to wyjątkowo pusta autostrada.

c)       Po trzecie, według naszej mapy, znajdują się tam tylko 2-3 stacje benzynowe

Przytłaczająca większość ludzi od nas celowała albo w M7 (na Balaton) albo M5 (na Serbię). Część z tych osób miała już umówiony następnego dnia transport . Takimi osobami byli na przykład Aga z Piotrkiem, z którymi w tym miejscu zmuszeni byliśmy już się pożegnać. Na nich czeka Macedonia. Rano wyjadą więc jednym z obecnych tutaj tirów w stronę granicy z Serbią i tak nasze drogi się rozejdą, rozjadą? Tak więc podczas gdy większość z nas rozbijała swoje namioty, my wytrwale liczyliśmy na kolejny cud. Razem z grupką kilku osób czekaliśmy sobie na pobliskim krawężniku, słuchając pobrzękiwań dziesiątek chrabąszczy majowych unoszących się nad naszymi głowami. Co jakiś czas ciszę przerywały nerwowe „Zdejmij to z moich włosów” albo wesołe „O, masz coś w kapturze”. Było już coraz później, a ja czułem się coraz bardziej śpiący. Klaudia uznała jednak że sen jest dla słabych, łapaliśmy więc stopa dalej. No i złapaliśmy. W sumie to po raz kolejny wyprosiliśmy. Sympatyczny pan prawnik postanowił nie jechać do domu tylko zabrać nas na najbliższą stację na M6. Nocna przejażdżka okazała się jednak chyba ciut dłuższa niż oczekiwał, podsumował to jednak żartobliwie że nigdzie mu się w sumie nie śpieszy, pracę zaczyna dopiero o 8 rano. W końcu jednak przed naszymi oczami wyrosła upragniona stacja, nasz kolejny dom 😀 Podziękowaliśmy naszemu kierowcy jak tylko mogliśmy najbardziej. Na odchodne chciał nam jeszcze kupić  coś do jedzenia lub podarować chociaż trochę gotówki. Od razu jednak zaprotestowaliśmy. Ten pan już wystarczająco dobrego dla nas zrobił.

– No, thanks. We’re fine. Really!

Kto wcześniej mówił że M6 jest pusta… miał niestety rację. Absolutnie nic tam nie jechało! Zapadła więc decyzja, że pora rozbić już namiot. Jutro na pewno coś złapiemy. Jesteśmy w końcu na dobrej drodze. I nagle… ogromny szok. Tir! Pojawił się jakby znikąd. Jedyny problem to taki że jego kierowca nie mówił po angielsku. Facet ze stacji też. No i licho wzięło tłumaczenie węgiersko-angielskie. Trzeba było radzić sobie na migi. Takie tam kalambury na opustoszałej węgierskiej stacji o północy. Nie wiem jak to zrobiłem, ale wszystko potoczyło się po naszej myśli i już kilkanaście minut później pędziliśmy na Pecs.

„Na pustej stacji, przy pustej autostradzie, łapiemy jedynego tira. Jedziemy na Pecs. Kierowca nie mówi po angielsku. Nie rozumie ani jednego słowa!!! My jego też nie rozumiemy. Nie wiemy gdzie nas wysadzi, ale będziemy 200km bliżej mety 😉 Nie ogarniam jak nam się to udało.”

Z nadmiaru wrażeń znów nie mogłem zasnąć, po mimo częściowych już zaburzeń percepcji. Czułem się naprawdę dziwnie, tym bardziej że w kabinie panowała grobowa cisza. No nic, mimo wszystko próbowałem odpłynąć . Dzień był to bowiem niezwykle wyczerpujący. Jeden z najbardziej zwariowanych jakich kiedykolwiek było mi dane przeżyć. To co? Jutro Chorwacja, no nie? 😀

Czeskie sady. Gdzieś koło autostrady w Brnie.

Stopem do Chorwacji: Zderzenie z rzeczywistością (dzień 1)

Nie wiem, czy kojarzycie The Amazing Race, ale to właśnie ten program zainspirował mnie w pewnym stopniu do wzięcia udziału w czymś takim jak wyścig autostopowy. Oczywiście formuła zupełnie inna, ale cel ten sam. Ciekawe były reakcje znajomych, przyjaciół i rodziny, kiedy mówiłem że zamierzam wystartować w Auto Stop Race do Dubrownika. Wiele osób nie do końca wierzyło, że misja ta zakończy się powodzeniem. Sam również nie miałem pojęcia jak to się wszystko potoczy i czy w ogóle ruszymy z miejsca. Nigdy wcześniej nie podróżowałem w ten sposób. Słyszałem jednak nawet o ludziach, którzy stopem przemieszczają całe kontynenty. Da się?  Wychodzi  na to, że tak! Z takim też właśnie nastawieniem udałem się do Wrocławia, skąd 27 kwietnia wystartować miało oficjalnie ponad 1000 osób. W rzeczywistości było nas dużo więcej, niektórzy wyruszyli bowiem poza konkursem. Różnymi drogami, ale cel ten sam – dojechać na pole namiotowe w Kupari, małym kurorcie znajdującym się kilka kilometrów za Dubrownikiem.

W sobotę rano opanowaliśmy miasto.Jechaliśmy tramwajem w kierunku kampusu Uniwersytetu Ekonomicznego, gdzie wyścig miał się zacząć. Wszędzie dookoła nas dyndały karimaty, śpiwory i puste jeszcze kartonowe tabliczki. Podekscytowani autostopowicze, a na każdym przystanku zgarnialiśmy następnych i następnych.

Pamiętam, że bardzo długo nie docierało do mnie, że za chwilę ruszymy w szaloną podróż do Dubrownika. Taka sobie mieszanka skrajnej ekscytacji i totalnego niedowierzania. Niby jedziemy do tej Chorwacji, ale nie wiadomo w sumie jak i czym. Będąc już na kampusie, można było przekonać się o rozmiarach całej imprezy.

„Za chwilę zaczynamy. Tłoczno, tłoczno, tłoczno. Damy radę!”

Pomimo tego że mijały nas setki ludzi w identycznych koszulkach, odbiór pakietów startowych odbył się dosyć sprawnie. Cierpieli tylko ci którzy stojąc w niekończącej się kolejce, musieli zgłosić się po swoje ubezpieczenie zdrowotne. O ile mi wiadomo, niektórym naprawdę się przydało 🙂 Kiedy jedni wciąż czekali, inni przygotowywali już swoje pierwsze kartoniki, niektórzy przeglądając atlasy próbowali ogarnąć alternatywną trasę lub chociaż plan wydostania się z kampusu UE. Natomiast ja, razem z Klaudią – drugą połową mojego teamu – pracowaliśmy nad rzucającym się w oczy transparentem, mającym poprowadzić nas do zwycięstwa. Dokładniej jednak rzec ujmując próbowaliśmy stworzyć jakieś chwytliwe hasło na rozciętej białej koszulce, zakupionej dzień wcześniej we wrocławskim lumpeksie. Kiedy wreszcie uporaliśmy się z tym artystycznym przedsięwzięciem, razem ze swoimi plecakami oraz zaprzyjaźnionym teamem: Anią i Bartkiem – zaczęliśmy stopniowo przybierać pozycję startową. Gdy odliczanie dobiegło końca, porwani przez rozentuzjazmowany tłum zalaliśmy najbliższy przystanek autobusowy. Jakimś cudem zdołaliśmy się nawet załadować razem z tysiącem innych osób do autobusu jadącego na Bielany Wrocławskie. Było nas tak dużo, że gdy tylko otwierały się drzwi, ktoś mimowolnie wypadał na zewnątrz.

Gdy dotarliśmy już na miejsce, rozstawiliśmy się błyskawicznie wzdłuż trasy i machając kartonikami oraz transparentem, czekaliśmy na pierwszych dobrych ludzi. W sumie liczyliśmy skrycie, że pójdzie nam to odrobinę sprawniej. Niemniej jednak gdy po dwudziestu minutach złapaliśmy pewną parę śpieszącą się na wesele w Katowicach, nie mogliśmy uwierzyć we własne szczęście. Stało nas tam przecież dziesiątki! Wiele przed nami i drugie tyle za naszymi plecami. No nic, nie kryjąc radości, załadowaliśmy się do środka. Naprawdę odetchnąłem wtedy z ulgą. Czyli jednak wbrew temu co niektórzy sądzili, uda nam się wyjechać z Wrocławia.

„Dziewiczy stop złapany 🙂 Kato, Kato, Katowice”

Na odchodne pomachaliśmy jeszcze tylko Ani i Bartkowi. Nasz entuzjazm musiał być jednak nieco przytłaczający i nie na miejscu, oto bowiem pojawił się środkowy palec 😀 Mimo iż wspólnie zakładaliśmy podróż przez Bośnię i Hercegowinę, spotkamy się dopiero 95 godzin później na polu namiotowym w Kupari. Plany, plany, plany a życie i tak wszystko weryfikuje. Kilkanaście minut później Ania z Bartkiem złapali samochód jadący prosto na Słowację. Minęli nas jeszcze pod Gliwicami, gdzie po raz pierwszy przyszło nam łapać stopa na autostradzie. Dostałem wtedy jeszcze tylko wiadomość od Bartka: ‘Musicie się lepiej prezentować, żeby cosik złapać’ Odgryźli nam się, nie ma co… Niestety nie zdążyłem wyciągnąć nawet środkowego palca 😉 Wracając do autostrady. Wylądowaliśmy tam na własną prośbę, co dobitnie świadczyło o braku doświadczenia. Co prawda doskonale wiedzieliśmy, że stanie przy autostradzie jest surowo zakazane. Nie wpadliśmy jednak na to, że łapanie stopa tuż za bramkami, również kwalifikuje się na wysoki mandacik. Machając naszym wspaniałym transparentem wzbudziłem zainteresowanie jedynie wśród pracowników obsługi. Bardzo szybko zostaliśmy poinformowani, że przekroczona została pewna granica i gdy tylko zjawi się policja grozi nam niemała kara finansowa.  Sytuacja w której się znaleźliśmy prezentowała się raczej mało korzystnie. Mimo to, bardzo szybko udało nam się zapobiec spotkaniu trzeciego stopnia z panami policjantami. Pewien kierowca, początkowo  nam nieprzychylny, zdecydował odpowiedzieć pozytywnie na nasze prośby i błagania. Zabrał nas na najbliższą stację. Stację, która okazała się kolejnym miejscem przeklętym. A takich miejsc spotkaliśmy tamtego dnia jeszcze kilka. Cóż, pierwsza doba wyścigu w naszym wykonaniu była co najmniej nieudana. Przyszło nam bardzo boleśnie zetknąć się z rzeczywistością. Nie dojedziemy do Chorwacji w poniedziałek! Ale o tym później 😛 Wróćmy teraz do pewnej uroczej stacji benzynowej, gdzie po raz pierwszy zetknęliśmy się z uczestnikami pozostałych wyścigów.

„Pod Gliwicami integracja! Niebiescy, zieloni i pomarańczowi na jednej zapomnianej przez świat stacji. Pozdrawiamy naszych kibiców 😉 PS. Rozwaliła mi się reklamówka z żarciem”

Para mieszana jadąca do Macedonii i dwie dziewczyny zmierzające do Verony. To te osoby towarzyszyły nam przez najbliższą godzinę. Każde z nas próbowało wydostać się stamtąd na różne sposoby. Pomocny pan tirowiec nawoływał zwierzynę przez radio, pomarańczowi cierpliwie czekali, dziewczyny łapały stopa stojąc oddzielnie na przeciwległych pasach ruchu a my co jakiś czas nawiedzaliśmy pobliską stację. Za którymś razem poskutkowało i w pewnym sensie wprosiliśmy się wręcz do przeładowanego samochodu, którego kierowca zdeklarował się zabrać nas na tereny bardziej sprzyjające. No i rzeczywiście. Łapanie stopa tam zajęło nam kilkanaście sekund! Razem z górnikiem cholerykiem bluźniącym we wszystkie strony świata dojechaliśmy szczęśliwe do Mikołowa i wylądowaliśmy w samym środku jakiegoś motoryzacyjnego eventu. Mijało nas wiele podrasowanych samochodów, niestety żaden z nich nie zatrzymał się dla nas, choć wielu kierowców niewerbalnie okazywało nam wsparcie, zagrzewając nas tym samym do boju. Tam po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na spacer w bliżej nieokreślonym celu. Opłaciło się! Znaleźliśmy dobre miejsce w zatoczce autobusowej i bardzo szybko upolowaliśmy młodego studenta, który podrzucił nas w kierunku Cieszyna. Po drodze zatrzymaliśmy się nawet w sklepie. Uzbrojeni w kilka litrów płynów wszelakich ruszyliśmy kolejny raz z buta przed siebie. Ponownie decyzja okazała się słuszna i wkrótce już  pędziliśmy z zawodowym żołnierzem, który raczył nas afgańskimi anegdotami. Dojechaliśmy ostatecznie do Skoczowa lądując na nieciekawym przystanku autobusowym. Położony był on zaraz za ostrym zakrętem. Co więcej czekała tam już jedna para autostopowiczów z Krakowa (zielone koszulki). Po krótkim namyśle postanowiliśmy nie zaprzyjaźniać się tym razem i po raz kolejny ruszyliśmy pieszo przed siebie. W końcu jak daleko może być jakaś normalna miejscówka? No  akurat w tym przypadku była zajebiście daleko. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy że popełniamy ogromny i bolesny błąd. Można by spokojnie powiedzieć, że decyzja ta kosztowała nas utratę czołowych lokat 😀 Tymczasem szliśmy, szliśmy, szliśmy, co jakiś czas pozbywając się zbędnego balastu. W ten oto właśnie sposób straciliśmy wszystkie zupy, które dostaliśmy od organizatorów w pakietach startowych. Każde wzniesienie, każdy zakręt, był tylko kolejną nadzieją na znalezienie stacji benzynowej. I za każdym razem ogromne rozczarowanie.

Po na prawdę wielu niekończących się minutach brutalnego marszu dotarliśmy na stację benzynową. O ile się nie mylę, była to przedostatnia stacja przez przejściem granicznym. Gdy wkroczyliśmy na jej teren, czuliśmy się prawie tak jak na mecie w Dubrowniku. Wszystko przestało się chwilowo liczyć. Można było spokojnie położyć się na trawce i odpoczywając, spoglądać w pogodne niebo. Gdy już zregenerowaliśmy siły i ogarnęliśmy swój wygląd zewnętrzny (taki marsz robi swoje, uwierzcie mi) luksusowym samochodem dojechaliśmy do przejścia granicznego. Było wciąż widno mimo iż powoli zbliżał się wieczór. Dosyć mocno wierzyliśmy, że jeszcze tej samej nocy uderzymy na Słowację… No cóż, zbyt dużo ludzi sądziło podobnie. A teraz rozsiądźcie się wygodnie bo posiedzimy tu jeszcze kilkanaście godzin 😉

* Pogrubione cytaty to fragmenty naszej relacji SMS-owej. Tak żeby było jeszcze bardziej wiarygodnie 😉